Wysoki, w drogim płaszczu, z twarzą napiętą nie od troski, lecz od gniewu. Obok niego stała kobieta w czerwonym szalu, rozglądająca się po pokoju tak, jakby liczyła meble.
„To jest ten chłopak?” zapytała, marszcząc nos. „Ten, który tu przychodził?”
Kuba spojrzał na panią Helenę. Jej oczy były zmęczone, ale otworzyły się szerzej.
„Nie krzycz na niego, Romanie…” wyszeptała.
Mężczyzna, jej syn, nawet na nią nie spojrzał.
„Mamo, milcz. Lekarz mówił, że jesteś podatna na wpływy. A ja nie pozwolę, żeby obce dziecko grzebało w twoim domu.”
Kuba poczuł, jak policzki robią mu się gorące.
„Ja nie grzebię, proszę pana. Ja tylko przyniosłem wodę.”
„Wodę?” Roman parsknął. „Przez trzy lata? Za darmo? Nikt nie jest taki dobry bez powodu.”
Chłopiec spojrzał na szklankę. Woda lekko drżała, bo drżały jego dłonie.
Przychodził do pani Heleny od dnia, kiedy miał siedem lat i zauważył, że przewróciła się na ścieżce przed domem. Jego mama była wtedy w pracy, sąsiedzi udawali, że nie widzą, a Kuba podbiegł, próbując podnieść staruszkę z ziemi, choć była od niego cięższa. Od tamtej pory zaczął zaglądać do niej po szkole. Najpierw tylko wynosił śmieci. Potem przynosił zakupy. Potem czytał jej książki, kiedy wzrok zaczął ją zawodzić. Zimą odgarniał śnieg spod furtki, latem podlewał róże, a wieczorami podawał jej wodę, gdy choroba zabierała siłę nawet do podniesienia szklanki.