– Ty wiesz.
– To nie jest to, co myślisz. Porozmawiaj z nim, Jola. Poważnie.
Zbyszek wrócił o drugiej. Plecak na wieszaku. Buty na wycieraczkę. Na rękach miał coś białego – piankę, proszek, coś jak zasypka dziecięca.
– Siadaj – powiedziałam.
Usiadł bez słowa. Spojrzał na mnie i w jego oczach zobaczyłam nie strach kłamcy, ale zmęczenie człowieka, który dźwigał coś za ciężkiego za długo.
– Byłam na Kunickiego. Widziałam, że wszedłeś do bloku. Trzecie piętro.
Zbyszek potarł czoło. Zamknął oczy. Otworzył.
– Pamiętasz, jak ci mówiłem o Beacie?
Beata. To imię słyszałam może dwa razy w życiu – raz w pierwszym roku małżeństwa, kiedy Zbyszek po wódce na imieninach wspomniał jakąś dziewczynę sprzed naszego ślubu. Ktoś z technikum. Krótki romans, rozstanie, nic ważnego. Tak mi powiedział.
– Byłem z nią pół roku, zanim cię poznałem – powiedział Zbyszek, patrząc w blat stołu. – Rozstaliśmy się. Wyjechała do Białej Podlaskiej. Nie wiedziałem, że jest w ciąży. Przysięgam ci, Jola, nie wiedziałem.
Kuchnia nagle zrobiła się bardzo cicha. Nawet zegar na ścianie jakby przestał tykać.
– Urodziła córkę. Patrycja. Wychowała ją sama – Beata nie chciała mnie szukać, bo to ja wtedy odszedłem. Uznała, że skoro sam zdecydowałem, to nie ma po co ciągnąć za rękaw. Patrycja nosiła nazwisko matki i dorosła, nie wiedząc, kto jest jej ojcem. Beata powiedziała jej dopiero w zeszłym roku, bo zachorowała i chciała mieć czyste sumienie.
– I ta Patrycja cię znalazła.