Marek był wtedy zdenerwowany. Teściowa wściekła, że „stary ksiądz wszystko komplikuje”.
Nie wiedziałam, że zaczęto składać moje życie jak porwaną kartkę.
Mecenas spojrzała na telefon.
— Zgodność z materiałem biologicznym Magdaleny Zawadzkiej: dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięć procent w linii matczynej.
Nie upadłam tylko dlatego, że Marek mnie podtrzymał.
Tym razem pozwoliłam.
Michał obudził się i zaczął płakać.
Ten płacz mnie ocucił.
To nie była tylko historia o mnie.
To była historia o nim.
— Dokumenty — powiedziałam nagle.
Mecenas spojrzała uważnie.
— Jakie dokumenty?
— Te, które Teresa kazała mi podpisać wczoraj. O majątku dziecka. O pełnomocnictwie.
Twarz mecenas stwardniała.
— Ma je pani?
— Zdjęcia. Zrobiłam telefonem, kiedy poszła do kuchni po wodę.
Teresa krzyknęła:
— Ty mała podstępna—
— Cisza! — głos księdza uderzył w ściany kościoła tak mocno, że kilka osób aż drgnęło.
Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby ksiądz krzyknął.
Antoni stał przy chrzcielnicy w złoto-bordowym ornacie, z twarzą człowieka, który przez trzy dekady nosił winę jak kamień pod sutanną.
— W tym domu Bożym nie będzie pani przeklinać kobiety, której życie pani rodzina rozdarła.
Teresa zamilkła.
Marek patrzył na nią, jakby właśnie umierała w jego oczach matka, którą znał.
— Dlaczego chciałaś pełnomocnictwa nad Michałem? — zapytał.
Nie odpowiedziała.
Mecenas Wysocka zrobiła to za nią.
— Ponieważ fundacja Zawadzkich miała klauzulę krwi. Jeśli zaginione dziecko Magdaleny lub jego potomstwo zostanie odnalezione, majątek zabezpieczony wraca do linii spadkowej. Ale przy małoletnim dziedzicu osoba zarządzająca jego sprawami mogłaby przez lata kontrolować ogromne środki.
Zrobiło mi się niedobrze.
— Więc nie chodziło o chrzest.
— Nie — powiedziała mecenas. — Chodziło o dostęp.
Marek cofnął się od matki.
— Wiedziałaś, kim jest Anna?
Teresa spojrzała na niego z rozpaczą, ale nie matczyną. Raczej złością człowieka, któremu plan rozsypał się tuż przed nagrodą.
— Znalazłam ją przypadkiem. Pracowała w tej bibliotece. Miała to znamię. Potem sprawdziłam jej datę urodzenia. Myślisz, że chciałam źle? Dałam ci żonę! Dałam ci szansę na coś większego niż twoja pensyjka!
Marek pobladł.
— Ty… ty mnie z nią poznałaś celowo?
Przypomniałam sobie tamten dzień.
Biblioteka miejska. Marek przyszedł oddać książkę dla matki. Był uprzejmy, trochę nieśmiały. Powiedział, że nigdy nie poznał kogoś, kto tak mówi o literaturze. Zaprosił mnie na kawę. Przez lata uważałam to za przypadek tak piękny, że aż nierzeczywisty.
Bo był nierzeczywisty.
— Czy ty mnie kiedykolwiek kochałeś? — zapytałam.
Marek odwrócił się do mnie natychmiast.
— Tak.
— Wiedziałeś?
— Nie. Anna, przysięgam. Nie wiedziałem o tym. Nie o tym.
To „nie o tym” rozcięło mnie bardziej niż pełne kłamstwo.
— O czym wiedziałeś?