— Oczywiście. O co chodzi?
Spojrzała najpierw na syna, potem na mnie.
— Skoro i tak mieszkacie już razem, powinnaś przepisać połowę mieszkania na Michała.
— Oczywiście. O co chodzi?
Spojrzała najpierw na syna, potem na mnie.
— Skoro i tak mieszkacie już razem, powinnaś przepisać połowę mieszkania na Michała.
Przez kilka sekund byłam przekonana, że źle usłyszałam.
— Przepraszam?
— No właśnie tak. Jeśli planujecie wspólną przyszłość, to przecież naturalne. Mój syn też powinien mieć poczucie bezpieczeństwa.
Zapadła cisza.
Patrzyłam na nią, nie wiedząc, czy mówi poważnie.
— To mieszkanie kupiłam sama — powiedziałam w końcu.
— Wiem. Ale po ślubie wszystko powinno być wspólne.
— Jeszcze nie jesteśmy nawet zaręczeni.
— Tym bardziej warto to uporządkować wcześniej.
Spojrzałam na Michała. Siedział cicho i unikał mojego wzroku.
— Michał? — zapytałam.
Przez chwilę bawił się łyżeczką.
— Rozmawialiśmy kiedyś o tym z mamą…
Poczułam, jak robi mi się gorąco.
— Rozmawialiście?
— Nie denerwuj się. To tylko propozycja.
— Propozycja? — powtórzyłam. — Przyjechała tu po raz pierwszy i pierwszą poważną rzeczą, jaką słyszę, jest propozycja oddania połowy mojego mieszkania?
Barbara westchnęła teatralnie.
— Nie przesadzaj. Nikt ci niczego nie zabiera.
— Właśnie o tym rozmawiamy.
— Mój syn też wnosi coś do związku.
— Co dokładnie?
Słowa wymknęły mi się szybciej, niż planowałam.
Michał spojrzał na mnie z urazą.
— Naprawdę tak myślisz?
— Nie. Naprawdę próbuję zrozumieć, dlaczego mam podpisać dokument, który daje ci połowę majątku, na który pracowałam pięć lat.
Barbara skrzyżowała ręce.
— Widzę, że nie ufasz rodzinie.
— Ufam ludziom, którzy na to zasłużyli.
Przez kolejne minuty atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Barbara przekonywała mnie, że w prawdziwym związku wszystko powinno być wspólne. Ja odpowiadałam, że wspólne buduje się razem, a nie przejmuje gotowe. Michał siedział pomiędzy nami i praktycznie nie reagował.
W pewnym momencie Barbara powiedziała coś, czego długo nie zapomnę.
— Kobieta, która naprawdę kocha mężczyznę, nie liczy metrów kwadratowych.
Pokiwałam głową.
— A mężczyzna, który naprawdę kocha kobietę, nie oczekuje od niej aktu notarialnego jako dowodu uczucia.
Po tych słowach zrobiło się całkowicie cicho.
Barbara wstała od stołu.
— Michał, chyba już pójdziemy.
— Mamo…
— Chodź.
Ku mojemu zdziwieniu Michał również się podniósł.
Patrzyłam na niego.
— Naprawdę wychodzisz?
— Potrzebuję chwili, żeby pomyśleć.
— Nad czym?
Nie odpowiedział.
Założył kurtkę i wyszedł razem z matką.
Drzwi zamknęły się za nimi, a mieszkanie nagle stało się niewiarygodnie ciche.
Usiadłam przy stole i długo patrzyłam na niedopitą kawę.
Nie płakałam.
Byłam bardziej rozczarowana niż smutna.
Przez następne dwa dni Michał prawie się nie odzywał. Wysłał kilka krótkich wiadomości. Pisał, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Że jego matka miała dobre intencje. Że wszyscy powiedzieli za dużo.
Ja odpowiadałam krótko.
Potrzebowałam czasu.