Rozglądałam się gorączkowo w ciemności, aż moje palce musnęły cienką, plastikową klapkę zewnętrznego otworu wentylacyjnego suszarki, która prowadziła na boczne podwórko.
Na zewnątrz deszcz wciąż padał ulewnymi strugami. Ale ulica już nie była cicha.
Dyspozytorka numeru alarmowego 911, doskonale wyszkolona i obdarzona głęboką intuicją, nie zignorowała zerwanego połączenia. Namierzyła adres stacjonarny. Usłyszała gorączkowe stukanie sygnału SOS, a następnie gwałtowny, nieomylny trzask telefonu rozbijającego się o stół i stłumiony, gardłowy, groźny męski głos.
Nie wysłała standardowego radiowozu. Zmieniła tryb reagowania na Kod 3, o wysokim priorytecie, uzbrojony w napad na dom z zakładnikami w toku.
Ulica przed moim domem roiła się od ciężkich, czarnych, opancerzonych pojazdów. Dziesiątki taktycznych jednostek policji – powiatowy oddział SWAT – przybyły całkowicie bezszelestnie, wyłączając syreny i światła reflektorów w promieniu kilku przecznic. Utworzyli obwód wokół ciemnego, cichego domu, z uniesionymi karabinami szturmowymi, skuleni za blokami silników swoich opancerzonych ciężarówek.
Przewidywali zabarykadowaną, bardzo niestabilną sytuację z zakładnikami. Nie mieli planu piętra. Nie mieli pojęcia, gdzie są zakładnicy ani ilu strzelców jest w środku. Działali praktycznie na ślepo.
Nagle plastikowa osłona otworu wentylacyjnego suszarki z boku domu głośno zadrżała, przyciągając uwagę trzech snajperów SWAT.
Plastikowa osłona upadła na mokrą trawę.
Mały, drżący, zakurzony siedmiolatek w brudnej, podartej piżamie wysunął się głową naprzód z wąskiej, dwudziestocentymetrowej rury. Uderzyłem w mokrą trawę, łapiąc oddech zimnego, czystego powietrza, lądując prosto na ciężkich, ubłoconych butach taktycznych dowódcy SWAT.
Dowódca wzdrygnął się, opuszczając lufę karabinu M4, wpatrując się z absolutnym, oszołomionym szokiem w maleńkie, brudne dziecko wyłaniające się ze ściany oblężonego domu.
Schylił się, chwycił mnie za ramiona i wciągnął w bezpieczne miejsce za tarczę balistyczną, zupełnie nieświadomy, że chłopiec, którego, jak mu się zdawało, ratuje, nie jest po prostu uciekającą ofiarą. Miałem zostać jego głównym nawigatorem taktycznym.
Rozdział 4: Wyłom
Natychmiast zostałem owinięty w ciężki, wodoodporny koc taktyczny za masywnym stalowym kołem pojazdu dowódczego SWAT. Ratownicy medyczni rzucili się do przodu, ale odepchnąłem ich ręce. Nie miałem czasu, żeby poświecić sobie latarką w oczy.