TRZASK.
Dźwięk jego wbijania łomu w ścianę gwałtownie wibrował w stalowym kanale, strzepując kurz z mojej twarzy. Zacisnąłem oczy, stojąc nieruchomo. Gdybym wydał pojedynczy, nienaturalny dźwięk – gdyby guzik mojej piżamy zadrapał o nit, albo gdybym uderzył łokciem zbyt mocno o metal – drapieżnik polujący na mnie usłyszałby to. Miał broń. Mógłby strzelić prosto w sufit i zabić mnie natychmiast.
Wstrzymywałem oddech, aż moja klatka piersiowa zapłonęła z rozpaczliwej, desperackiej potrzeby tlenu. Czekałem, aż dźwięk jego łomu znów się rozlegnie, wykorzystując jego własny, gwałtowny dźwięk, by zagłuszyć dźwięk mojego ruchu.
Pchnąłem się naprzód. Pięć stóp. Dziesięć stóp.
W końcu moje dłonie napotkały pustą przestrzeń. Dotarłem do pionowego spadku wnęki zsypu na pranie.
Ostrożnie przerzuciłam nogi do przodu, opierając plecy i kolana o przeciwległe ściany gładkiego, metalowego szybu, wykorzystując tarcie, by powoli i boleśnie zejść w dół dwupiętrowego urwiska w głębokiej ciemności. Moje mięśnie krzyczały w proteście, ale adrenalina zagłuszyła ból.
Uderzyłam o dno z cichym hukiem, lądując w zakurzonej, ciasnej przestrzeni za suchą ścianą pralni.