„Cicho, mamo. Odwróć się” – wyszeptałam w odpowiedzi, a mój głos był zadziwiająco spokojny.
Wpełzłam za nią. Moje maleńkie dłonie pracowały z przerażającą, bezgłośną precyzją. Wbiłam ostry ceramiczny odłamek w grubą, czarną plastikową opaskę zaciskową, która krępowała jej nadgarstki. To była boleśnie powolna praca i dwa razy przypadkowo zacięłam jej skórę, ale nie wydała ani jednego dźwięku. Zdała sobie sprawę, co robię.
Ostatnim, desperackim ruchem piły, gruby plastik pękł.
Matka jęknęła, uwalniając krwawiące, poparzone dłonie. Natychmiast wyciągnęła ręce, przyciągając mnie do miażdżącego, desperackiego uścisku w ciemności.
„O mój Boże, Leo” – szlochała bezgłośnie w moje włosy.
„Rozwiąż tato” – rozkazałam cicho, wyrywając się z jej objęć. Nie mogłam sobie pozwolić na pocieszenie. Jeszcze nie.
Nie czekałam na ich pełne łez zrozumienie. Podczołgałem się do dużego, metalowego otworu wentylacyjnego, umieszczonego nisko w ścianie, tuż przy listwach przypodłogowych. Nie miałem śrubokręta. Użyłem ciężkiej, metalowej obudowy wskaźnika laserowego mojego ojca jako prowizorycznego młotka, wbijając go pod krawędź kratki i podważając ją z całych sił, ważąc ponad trzydzieści kilogramów.
Z cichym, metalicznym zgrzytem kratka odskoczyła.
Przed mną otworzyła się czarna, lodowata, metaliczna gardziel. Pachniało w niej starożytnym pyłem i zimnym powietrzem.
„Leo, nie” – wychrypiał ojciec z podłogi, zdając sobie sprawę, co mam na myśli.
do zrobienia. „Jest za mały. Utkniesz. Jeśli cię usłyszy…”
„Nie usłyszę” – powiedziałem.
Nie obejrzałem się. Wsunąłem ręce i głowę w czternastocalowy, ocynkowany, stalowy kanał, przygotowując się do wczołgania się do wnętrza domu.
Rozdział 3: Obwód
Ocynkowana stal kanału wentylacyjnego marzła pod moimi gołymi łokciami i kolanami. Pełzłem cal po calu, dusząc się w ciemności. Kurz oblepiał mi gardło, grożąc, że wyciśnie mi kaszel z płuc, ale przełknąłem go, oddychając przez nos płytkimi, kontrolowanymi łykami.
Szyb biegł poziomo pod deskami podłogi na drugim piętrze, zanim uderzył w pionową przepaść.
Kiedy sunąłem do przodu jak wąż, akustyczna geografia domu wzmacniała się przez cienki metal. Pełzłem bezpośrednio nad sufitem gabinetu mojego ojca.
Pode mną, oddzielony jedynie warstwą płyt gipsowo-kartonowych i izolacji, słyszałem Silasa.