Przypomniałem sobie, jak trzy miesiące temu siedziałem w gabinecie ojca i patrzyłem, jak szkicuje remont instalacji HVAC w domu. Narzekał na przestarzały układ wentylacji. Wskazał na konkretną linię na projekcie.
„Kanał wentylacyjny w głównej sypialni opada prosto do głównego kanału, Leo” – wyjaśnił mój ojciec, stukając ołówkiem. „Ale starzy budowniczowie podłączyli go bezpośrednio do wnęki zsypu w pralni, zanim wyprowadził go na zewnątrz. To poważna wada konstrukcyjna. Tworzy przeciąg”.
To była wada konstrukcyjna ogrzewania i chłodzenia. Ale to była idealna, wręcz niemożliwa droga ucieczki dla „myszy”.
Kanał wentylacyjny miał czternaście cali szerokości. Był niemożliwie wąski – zdecydowanie za mały dla dorosłego mężczyzny i za ciasny dla przeciętnego nastolatka. Ale ja miałem siedem lat. Byłem niski, chudy jak drut i niesamowicie zwinny.
Nie wahałem się. Uklęknąłem i czołgałem się w ciemności w kierunku roztrzaskanych resztek lampki nocnej mojej mamy, które Silas przewrócił, wciągając je do pokoju.
Ostrożnie przesunąłem palcami po dywanie, aż znalazłem duży, poszarpany, ostry jak brzytwa odłamek ceramicznej podstawy.
„Leo? Kochanie, gdzie jesteś?” – szepnęła rozpaczliwie mama w ciemności.