Kiedy wyciągnął mnie spod stołu, moja dłoń otarła się o porzuconą roboczą kurtkę ojca, przewieszoną przez krzesło. W ułamku sekundy moje małe palce zacisnęły się mocno na ciężkim, przemysłowym wskaźniku laserowym mojego ojca – potężnym narzędziu, które miało stać się latarnią ratunku.
Rozdział 2: Kanał wentylacyjny
Ciężki, mosiężny zamek w drzwiach głównej sypialni zatrzasnął się z głośnym, złowieszczym, ostatecznym kliknięciem. Zostaliśmy zamknięci w absolutnej, duszącej ciemności.
Główny apartament był dużym, luksusowym pokojem, ale teraz przypominał betonowy grobowiec.
Moja matka cicho szlochała na środku pokoju, na oślep próbując przecisnąć się do mnie przez dywan, z rękami boleśnie związanymi za plecami. Ojciec leżał osunięty w nogach łóżka. Był przytomny, ale ledwo. Obficie krwawił z rany głowy, szepcząc rozpaczliwe, ochrypłe przeprosiny do rodziny.
„David, proszę, musimy stąd wyjść” – płakała matka drżącym głosem. „On nas zabije. Rozwala gabinet”.
Na dole, przez deski podłogi, rozbrzmiewały ciężkie, gwałtowne odgłosy Silasa rozwalającego regały i rozrywającego płyty gipsowo-kartonowe. Szukał ukrytego sejfu w ścianie. Myślał, że ma nas w klatce. Myślał, że ma mnóstwo czasu, zakładając, że dziecko „zero” i spętani dorośli nie stanowią absolutnie żadnego zagrożenia dla jego działalności.
Ale nie płakałem. Paraliżujący strach, który ogarnął mnie w holu, ulotnił się, zastąpiony zimnym, hiper-skupionym i niemal nienaturalnym przypływem adrenaliny.
Nie byłem już przestraszonym małym chłopcem. Byłem architektem analizującym projekt.