Nie przyłożyłem telefonu do ucha. Gdybym się odezwał, usłyszałby mnie. Nacisnąłem 911. Połączenie zostało nawiązane.
Twardym, plastikowym końcem kciuka stuknąłem w odbiornik mikrofonu alfabetem Morse’a – umiejętności, której nauczył mnie latem mój dziadek, emerytowany radiooperator marynarki wojennej.
Tup-tup-tup. Pauza. Tup-tup-tup. Pauza. Tup-tup-tup.
S-O-S.
Ale gdy ukończyłem trzecią sekwencję, zielony, podświetlany ekran LCD telefonu oświetlił ciemną przestrzeń pod stołem.
Silas dostrzegł kątem oka błysk zielonego światła. Obrócił się, wpatrując się w mały cień pod konsolą.
Z przerażającą prędkością Silas rzucił się naprzód, jego potężna dłoń owinęła się wokół mojej piżamowej koszuli, wyciągając mnie spod stołu i unosząc w powietrze jak szmacianą lalkę. Telefon wyślizgnął mi się z rąk, zwisając na kablu.
Silas chwycił
słuchawkę. Usłyszał rozpaczliwy głos dyspozytora po drugiej stronie: „911, co się stało? Odbieram sygnał SOS, proszę odpowiedzieć…”.
Twarz Silasa wykrzywiła się w brzydki, wściekły grymas. Gwałtownie uderzył telefonem o krawędź mahoniowego stołu, aż plastik roztrzaskał się na ostre, poszarpane kawałki, a głos dyspozytora ucichł na zawsze.
„Ty mały szczurze” – syknął Silas, zrzucając mnie na podłogę. Cofnęłam się, uderzając plecami o ścianę, wpatrując się w potwora górującego nade mną niczym jedyna deska ratunku, który nam pozostał.
Ale kiedy Silas ciągnął mnie za kołnierz koszuli, wpychając brutalnie do ciemnej sypialni głównej z płaczącymi, krwawiącymi rodzicami i zamykając za nami ciężkie drewniane drzwi, nie zdawał sobie sprawy z tego, co zrobiłam.