Justyna przyjechała w następny weekend. Siedziałyśmy na balkonie, piłyśmy kawę, patrzyłyśmy na kasztanowce za blokiem, które właśnie zaczynały kwitnąć.
– Mamo, dobrze się czujesz? – zapytała. – Wyglądasz jakoś inaczej.
– Sprzedałam samochód taty – powiedziałam.
– No i dobrze. I tak stał i rdzewiał.
Chciałam jej powiedzieć. Otworzyłam usta i zamknęłam. Co by to zmieniło? Justyna uwielbiała ojca. Michał uważał go za najlepszego człowieka na świecie. Na pogrzebie kolega z warsztatu mówił, że Tadeusz to był “chłop jak dąb, uczciwy od stóp do głów”.
I może był. Może ta kobieta w Mrągowie to była jedyna rysa na tym dębie. Może był z nią szczęśliwy w sposób, w jaki nie potrafił być ze mną. A może po prostu uciekał – od codzienności, od ciszy w naszym mieszkaniu, od tego, że po trzydziestu latach nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia przy kolacji.
Nie powiedziałam Justynie. Nie powiedziałam Michałowi. Nie powiedziałam nikomu.
W maju poszłam na cmentarz, jak co tydzień. Stałam przy grobie Tadeusza, patrzyłam na zdjęcie na płycie – miał na nim ten swój lekki uśmiech, trochę nieśmiały, trochę wymuszony, ten sam, z którym stał w drzwiach, gdy wracał z tych swoich “wyjazdów” – i po raz pierwszy nie czułam smutku. Czułam coś innego. Nie złość, nie żal. Raczej dziwną, gorzką ulgę, że w końcu widzę człowieka, z którym żyłam, a nie pomnik, którego żałowałam.
Telefon schowałam do pudełka po butach, na antresoli w przedpokoju. Nie wyrzuciłam go. Nie wiem, po co go trzymam. Może kiedyś będę gotowa, żeby dowiedzieć się reszty. A może nigdy nie będę i to też jest w porządku.
Trzydzieści dwa lata. Cztery paragony. I jeden telefon, o którym nie wiedziałam.
Czasem myślę, że najwięcej o człowieku można się dowiedzieć z rzeczy, które po sobie zostawia.