A ja przez rok nie tknęłam garażu. Opel stał tam tak, jak Tadeusz go zostawił – z brudnymi wycieraczkami i odświeżaczem powietrza w kształcie choinki. Dopiero w kwietniu stwierdziłam, że pora. Po co mi samochód, skoro i tak jeżdżę tylko autobusem do pracy.
Teraz siedziałam w kuchni z tym telefonem na stole i nie wiedziałam, co robić. Próbowałam go włączyć, ale bateria była martwa. Podłączyłam ładowarkę do gniazdka przy lodówce i czekałam.
Paragony przeczytałam trzy razy. Pokój jednoosobowy, trzy noclegi – lipiec. Pokój jednoosobowy, dwa noclegi – wrzesień. Pokój jednoosobowy, jeden nocleg – początek października. I ostatni: pokój jednoosobowy, dwa noclegi, koniec października. Tadeusz umarł trzeciego listopada.
W lipcu mówił, że jedzie pomagać koledze z warsztatu przy remoncie domku nad jeziorem. Wrzesień – nie pamiętam, co mówił. Październik – “zawiozę części do Kętrzyna, może zostanę na noc, bo daleko wracać”. Mrągowo od Olsztyna to niecała godzina. Nie Kętrzyn. Nie żaden remont.
Gdy telefon się włączył, ekran zablokowała siatka pęknięć, ale działał. Nie było kodu PIN. Tadeusz nigdy nie był techniczny, pewnie nawet nie wiedział, że można ustawić blokadę. Weszłam w kontakty. Był jeden numer, zapisany jako “Warsztat K.”
Serce mi waliło tak, jak wtedy, gdy lekarz powiedział, że Tadeusz nie żyje. Weszłam w wiadomości.
Było ich kilkadziesiąt. Krótkie, oszczędne. “Będę o 17”. “Zajęty do soboty”. “Nie dzwoń rano”. I z drugiej strony: “Czekam”. “Dobrze”. “Kup coś na śniadanie”. Żadnych czułości, żadnych serduszek. Suche jak rozkład jazdy.
Ale między wierszami było wszystko. Ktoś na niego czekał. Ktoś wiedział, że przyjedzie. Ktoś jadł z nim śniadanie w hotelu w Mrągowie, podczas gdy ja kroiłam chleb w kuchni i zastanawiałam się, czemu Tadeusz ostatnio taki milczący.
Nie zadzwoniłam pod ten numer. Jeszcze nie. Poszłam do łazienki, umyłam twarz zimną wodą i patrzyłam na siebie w lustrze. Wyglądałam tak samo jak rano – zmęczona, ale spokojna. Nic się nie zmieniło na mojej twarzy. A w środku runęło wszystko.
Wieczorem przyszedł Michał z wnukami. Zrobiłam im kakao, postawiłam na stole talerz z herbatnikami i patrzyłam, jak pięcioletnia Zuzia macza ciastko w kubku. Michał opowiadał o pracy, o nowym dachu, który chcą położyć przed latem. Normalny wieczór. Telefon leżał w szufladzie w sypialni, pod pościelą, jak dowód w sprawie, której nie ma komu prowadzić.
Następnego dnia w szkółce podlewałam sadzonki hortensji i myślałam o tych paragonach. Pokój jednoosobowy. Może to nic nie znaczy – może rzeczywiście nocował sam, bo miał jakieś sprawy. Ale po co drugi telefon? Po co chować go pod matą bagażnika? Ludzie, którzy nie mają nic do ukrycia, nie chowają telefonów pod kołem zapasowym.
Przez tydzień nie robiłam nic. Chodziłam do pracy, gotowałam, sprzątałam. A wieczorami siadałam na łóżku i przewijałam te wiadomości. Szukałam czegoś więcej. Zdjęcia – nie było żadnych. Połączenia – zawsze krótkie, kilkuminutowe. Ten ktoś – ta kobieta, bo to musiała być kobieta – była równie ostrożna jak Tadeusz. Albo równie przyzwyczajona do ukrywania.
W sobotę, tydzień po znalezieniu telefonu, zadzwoniłam. Numer był wyłączony. Spróbowałam jeszcze raz w poniedziałek, we wtorek, w środę. Wyłączony. Może ta kobieta zmieniła numer po śmierci Tadeusza. Może wyrzuciła swój telefon, tak jak on powinien był wyrzucić swój. Tylko że Tadeusz nie zdążył.