Sąsiad z parteru, wdowiec, w maju zaprosił mnie na kawę do Sopotu. Córka powiedziała, że wygłupiam się na starość i że ludzie będą gadać. W sobotę jedziemy piąty raz. Ludzie gadają
I to milczenie było najlepszą rzeczą, jaka mi się przydarzyła od lat.
Bo z Leszkiem pod koniec milczeliśmy z wyczerpania. Z Patrycją milczałam ze strachu, że powiem za dużo. Sama z sobą milczałam z samotności. A z Wiesławem – milczałam, bo było mi dobrze i nie trzeba było tego zagadywać.
Pojechaliśmy drugi raz. Trzeci. Za czwartym razem poszliśmy na spacer po plaży i Wiesław opowiedział mi o żonie – o Teresie, która trzy lata leżała chora, a on się nią opiekował sam, bo syn miał swoją rodzinę, a proszenie o pomoc uważał za słabość.
Mówił o tym spokojnie, bez żalu, jakby zdążył się z tym pogodzić. Ale kiedy powiedział: – Brakowało mi kogoś, kto po prostu siądzie ze mną i nic nie będzie chciał – to zobaczyłam, że ma mokre oczy. I nic nie powiedziałam, tylko szłam obok.
Patrycja nie odpuszczała.
Dzwoniła częściej, co było niespotykane. Wypytywała, dokąd jedziemy, o której wracam, czy on wchodzi do mnie na górę. Jakbym miała szesnaście lat i podejrzanego chłopaka.
– Mamo, ludzie na klatce gadają, że romansujecie – powiedziała wreszcie wprost.
– Kto gada?
– Pani Mirka widziała, jak wsiadałaś do jego samochodu z torebką.
– Z torebką, Patrycja. Jadę na kawę, nie na ucieczkę do Brazylii.
Ale Patrycja nie żartowała. Przyjechała w niedzielę bez zapowiedzi – ona, Michał i Zosia. Usiedli w moim salonie, Zosia rysowała w kuchni, a Patrycja zaczęła od: – Nie chcę, żebyś myślała, że mi nie zależy.
Michał milczał. Patrycja mówiła. Że ludzie. Że pamięć taty. Że co Zosia pomyśli. Że sąsiadki. Że nie wypada.
Słuchałam cierpliwie. A potem powiedziałam coś, czego nigdy wcześniej nie umiałam powiedzieć:
– Patrycja, ja kocham cię i kocham Zosię. Ale mam sześćdziesiąt trzy lata i jeśli nie zrobię teraz czegoś dla siebie, to kiedy? Tata by zrozumiał. Twoja babcia by nie zrozumiała – i właśnie dlatego muszę jechać.
Patrycja zamilkła. Patrzyła na mnie, jakby widziała mnie pierwszy raz – nie matkę, nie babcię, nie wdowę, tylko kobietę, która czegoś chce i się tego nie wstydzi.
Michał odchrząknął i powiedział: – Ja myślę, że pani Iwona ma rację.
Patrycja spojrzała na niego tak, jakby właśnie przeszedł na stronę wroga. Potem wstała, poszła do kuchni, nalała sobie wody i wróciła. Usiadła. Wyprostowała się.
– Dobrze, mamo – powiedziała powoli. – Ale jak ten Wiesław cię skrzywdzi, to ja go osobiście zabiję.
W sobotę jechaliśmy piąty raz. Wiesław czekał pod klatką z termosem kawy na drogę, bo stwierdził, że po co przepłacać na stacjach. Miał na sobie koszulę w kratę, tę samą co za pierwszym razem – chyba ją uważał za elegancką, i wiedziałam, że nie powiem mu, że nie jest.
Na klatce minęłam panią Mirkę. Stała z siatkami z Biedronki i patrzyła na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto robi coś niezrozumiałego.
– Dzień dobry – powiedziałam.
– Dzień dobry – odpowiedziała. A potem, już do moich pleców: – Ładna pogoda na wycieczkę.
Wsiadłam do opla. Wiesław włączył radio. Leciała Maryla Rodowicz – ta sama piosenka co za pierwszym razem, albo inna, bo one wszystkie brzmią tak samo, kiedy człowiek jest w dobrym humorze.
Ludzie gadają. Niech gadają.