Płuca Camille płonęły. Oczy piekły. Kciukiem szukała guzika ukrytego w nieruchomej dłoni.
Liczyła w myślach.
1.
2.
3.
O 10 drzwi otworzyły się gwałtownie.
Ale to nie lekarze weszli.
CZĘŚĆ 2
Dwóch prywatnych detektywów, szef ochrony kliniki i prawnik wpadli do pokoju.
Najwyższy mężczyzna złapał Geneviève za nadgarstek, zanim zdążyła puścić poduszkę.
„Proszę się od niej odsunąć, pani Armand”.
Geneviève cofnęła się, zbladła, po czym natychmiast założyła maskę.
„Dusziła się! Próbowałam jej pomóc!”
Prawniczka uniosła telefon.
„Dźwięk jest wyraźny. Obraz też”.
Adrien pojawił się w drzwiach z kawą w dłoni. Spojrzał na matkę, potem na poduszkę, a potem na Camille. Na sekundę jego twarz zadrżała.
Camille znów miała nadzieję.
Jeszcze raz.
„To niedorzeczne” – wyrzucił z siebie. „Moja żona bierze morfinę. Majaczy”.
Cisza stała się lodowata.
Śledczy zwrócił się do niego.
„Dziwne. Była całkowicie przytomna, kiedy nas zatrudniła”.
Adrien wpatrywał się w Camille.
Jego palce drżały wokół kubka.
Ledwo mogła mówić, ale jej spojrzenie wystarczyło.
„Tak, Adrien. Trafiłeś na niewłaściwą kobietę”.
Prawnik wyjął zaklejoną kopertę.
„Mamy też przelewy, fałszywe wyceny balkonu… i umowę ubezpieczeniową podpisaną 19 dni przed upadkiem”.
Adrien zdał sobie sprawę, że pułapka nie była w sypialni.
Już wszędzie się zatrzasnęła.
CZĘŚĆ 3
Policja przyjechała osiem minut później.
Nie biegiem jak w filmach. Spokojnie. Z tą biurokratyczną powolnością, która dodaje dramatyzmu, bo nie pozostawia miejsca na dramat. Weszło dwóch detektywów, a za nimi krótkowłosa komendantka o przenikliwym spojrzeniu. Przywitała prawniczkę, spojrzała na łóżko, poduszkę już schowaną w torbie na dowody, a potem na Geneviève Armand.
„Proszę pani, pójdzie pani z nami”.
Geneviève uniosła brodę.
„Nie ruszę się bez mojej prawniczki”.
„Zostanie powiadomiony”.
„Nie wie pani, z kim rozmawia”.
Komendatka spojrzała na Camille, a potem na miniaturową kamerę dyskretnie umieszczoną w rogu lampy sufitowej.
„Tak. Dokładnie”.
Adrien cofnął się.
Letnia kawa, którą trzymał w dłoni, rozlała się na jego skórzane buty. Nawet tego nie zauważył. Jego twarz straciła całą elegancję, którą nosił na przyjęciach u matki, ten uprzejmy, niczym u dziedzica, uśmiech, ten sposób mówienia, który sprawiał wrażenie, że panuje nad sytuacją.
„Nic nie zrobiłem” – powiedział nagle. „To ona. Moja matka wszystko zaaranżowała”.
Geneviève odwróciła się do niego z bolesną powolnością.
Przez lata przedstawiała go jako syna marnotrawnego, jedyną dumę, ostatniego mężczyznę godnego imienia Armand. Poprawiała mu zdania, dobierała garnitury, odsuwała na bok przyjaciół, gardziła partnerkami, a potem powitała Camille jak plamę na białym obrusie.
A teraz, przed łóżkiem kobiety, którą próbowali pochować, jej syn sprzedawał ją za pięć sekund powietrza.
Uderzyła go w twarz.
Dźwięk uderzył o ściany niczym roztrzaskany talerz.
„Tchórz” – warknęła. „Nawet twój ojciec miał więcej charakteru, kiedy umarł”.
Adrien chwycił się za policzek. Wyglądał jak mały chłopiec karany w przepastnym salonie.
Camille patrzyła na nich bez mrugnięcia okiem.
Chciała poczuć nienawiść. Czystą, gorącą, prostą nienawiść. Ale to, co w niej rosło, było raczej ogromnym zmęczeniem, ospałością tak głęboką, że zdawała się emanować z połamanych kości, z każdej nieprzespanej nocy, z każdej kolacji, podczas której czekała, aż Adrien w końcu się do niej odezwie.
Nigdy tego nie zrobił.
Nawet teraz mówił tylko w swoim imieniu.
Dowódca podszedł do łóżka.
„Madame Armand… Camille Armand?”
Camille na sekundę zamknęła oczy. To imię ją paliło.
„Lenoir” – wyszeptała. Camille Lenoir.
Prawniczka spuściła wzrok, jakby rozumiała, że ten szczegół jest równie ważny jak dowód.
„Pani Lenoir” – kontynuował łagodnie dowódca – „spiszemy pani zeznania, gdy tylko lekarz wyrazi na to zgodę. Na razie proszę odpoczywać. Jest pani bezpieczna”.