„Nie”.
Julian patrzył na nią przez kilka sekund, jakby potwierdzając coś, co już podejrzewał.
Potem wypowiedział zdanie, które prześladowało ją aż do dnia ślubu:
„Może to małżeństwo jest jedyną rzeczą, która cię uratuje”.
Renata spojrzała na niego z przerażeniem.
„Uratować mnie przed czym?”
Ale on tylko upił łyk, uśmiechnął się lekko i szedł dalej.
Ta odpowiedź przeraziła ją bardziej niż sam ślub.
Niedziela nadeszła z nadmiarem hałasu.
Jedzenie.
Muzyka.
Ciekawscy sąsiedzi.
Kobiety, które szeptały.
Mężczyźni, którzy obliczali wysokość posagu.
A Renata, ubrana jak panna młoda, ale wcale się nią nie czująca, z ciężkim sercem i wrażeniem, że idzie na własny pogrzeb.
Julian pojawił się jak zawsze.
Rozczochrany.
Koszula była źle dopasowana.
Butelka dyndająca mu u ramienia.
Mężczyźni się śmiali.
Kobieta mruknęła, że dziewczyna taka jak Renata będzie go wlec po ulicach.
Patricio uśmiechał się z zadowoleniem.
Ramona dosłownie promieniała szczęściem.
A potem, tuż zanim ją do niego popchnęli, Julian odezwał się do niej tym niskim, twardym głosem, niemożliwym do zniesienia dla prawdziwego pijaka.
„Nie sprzeciwiaj mi się przy nich”.
Renatę przeszedł dreszcz.
„Kim jesteś?” zdołała wyszeptać.
Ale on już znowu się zgarbił, uśmiechając się krzywo, udając, że gra rolę, którą odgrywał od miesięcy.
Ceremonia minęła jak chory sen.
Zdradzili ją.
Zapłacili.
Oklaskiwali.
I w ciągu kilku minut życie Renaty splotło się z życiem najbardziej wyśmiewanego mężczyzny w mieście.
A przynajmniej tak wszyscy myśleli.
Dom Juliana znajdował się na skraju centrum miasta, obok polnej drogi i opuszczonego warsztatu.
Renata weszła przerażona.
Spodziewała się brudu, butelek na podłodze, chaosu.
Ale znalazła coś innego.
Biednie, owszem.
Prosto, owszem.
Ale czysto.
Za czysto.
Stało tam starannie pościelone łóżko, dwa krzesła, stół, talerze ułożone w uporządkowany sposób, półka i zaledwie kilka butelek.
Nie wyglądał jak zrujnowany azyl.
Wyglądał jak starannie zaaranżowana scena przez kogoś, kto chciał, żeby inni uwierzyli w ruinę.
„Możesz spać w łóżku” – powiedział Julian.
„Ja zostanę na krześle”.
Renata spojrzała na niego podejrzliwie.
„Dlaczego?”
„Bo już wystarczająco cię dziś zmusili”.
To była pierwsza rzecz, która zburzyła historię, którą sobie o nim opowiadała.
Druga rzecz pojawiła się następnego dnia.
Rano wrócił do swojej roli pijaka na oczach całej wioski.
Usiadł w narożnej knajpie.
Żartował z mężczyznami, którzy go zaczepiali.
Podniósł butelkę.
Grał.
Ale za każdym razem, gdy myślał, że nikt nie patrzy, jego oczy z uwagą przeszukiwały ulicę.
Nie był zagubiony.
Był czujny.
Renata zaczęła się uważniej przyglądać.
Zauważyła, że czasami podchodzili do niego dobrze ubrani mężczyźni.
Nie traktowali go z litością.
Traktowali go z dyskretnym szacunkiem.
Zauważyła, że niektóre rozmowy w knajpie urywały się, gdy wydawał się zbyt senny, ale po chwili wracały, jakby nikt nie uważał go za zagrożenie.
Zauważyła również, że Julian zawsze był w pobliżu, gdy rozmawiano o Patricio Mungii.
Za blisko.
Kiedy w końcu się z nim skonfrontowała, nie zaprzeczył niczemu.
„Słucham” – powiedział.
„Tak właśnie robi pijak w małym miasteczku. Słucha wszystkiego, bo nikt nie zachowuje środków ostrożności w obecności kogoś, kogo uważa za bezużytecznego”.
Renata przełknęła ślinę.
„Więc mnie wykorzystałaś”.
Odpowiedział po chwili.
CZĘŚĆ 3
„Na początku tak”.
Szczerość bolała bardziej niż kłamstwo.
„Twój wujek był ci winien pieniądze. Patricio liczył na ten dług. Małżeństwo dało mi idealną wymówkę, żeby być blisko, nie wzbudzając podejrzeń”.
„A moje życie?” – zapytała, ledwo powstrzymując gniew.
„Mój wstyd? Mój ból?”
Julian na sekundę spuścił wzrok.
„Nie mogę tego cofnąć”.
Po raz pierwszy wyglądał na naprawdę zmęczonego.
„Nie będę przepraszał za strategię, póki niebezpieczeństwo wciąż istnieje. Ale nie będę cię obrażał kłamstwami. Wiem, ile cię to kosztuje”.
Renata miała ochotę go znienawidzić.
A jednak z jakiegoś powodu nie mogła.
Bo był pierwszym mężczyzną od dawna, który nie mówił do niej jak do przedmiotu.
Minęło kilka dni.
Napięcie w mieście narastało.
Patricio chodził tam i z powrotem do biura, bardziej zdenerwowany niż zwykle.
Rozmawiał cicho z uzbrojonymi mężczyznami.
Przyjeżdżały do niego czarne furgonetki o nietypowych godzinach.
A Julian zdawał się czegoś oczekiwać.
Poranek katastrofy nadszedł niespodziewanie.
Renata sortowała warzywa na targu, gdy po raz pierwszy usłyszała warkot silników.
Potem zobaczyła ciężarówki.
Czarne.
Pracownicy.
W towarzystwie patroli.
Całe centrum miasta ucichło.
Samochody zatrzymały się przed biurem Patricio Mungii.
Wysiedli mężczyźni w garniturach.
Agenci.
Policja.
Ludzie zaczęli szeptać.
Nikt nie rozumiał.
Zanim Patricio wyszedł, spróbował się uśmiechnąć, otrzymał dokument i stracił kolor na twarzy.
Odczytano mu zarzuty.
Oszustwo.
Wywłaszczenie ziemi.