“A ja od czterech lat nie mam soboty.”
Cisza. Słychać było tykanie zegara, tego starego, ściennego, który Staś kupił na targu w Lidzbarku trzydzieści lat temu. Żona Ryśka patrzyła w talerz. Mąż Marzeny odkroił kawałek karpia i udawał, że go nie ma.
A ja siedziałam na szczycie stołu i czułam, jak coś we mnie pęka. Nie serce – to pęka inaczej, to ja już znam. Pękała godność. Bo słuchałam, jak moje dzieci licytują się, kto poświęca więcej, i nie chodziło im o mnie. Chodziło o to, żeby udowodnić drugiemu, że jest gorsze.
Wstałam. Musiałam się oprzeć o stół, bo nogi nie trzymają jak kiedyś.
“Dosyć” – powiedziałam. Cicho, ale usłyszeli. “Dosyć. Ani ty, Ryśku, nie kupujesz mnie przelewami. Ani ty, Marzenko, nie jesteś święta za to, że zmywasz mi talerze. Ja was nie prosiłam, żebyście się mną dzielili jak rachunkiem w restauracji. Ja was prosiłam, żebyście mnie kochali.”
Rysiek otworzył usta i zamknął. Marzena zakryła twarz dłońmi. A ja usiadłam z powrotem, bo nogi odmówiły na dobre, i pomyślałam sobie, że Staś by tego nie dopuścił. Staś by usiadł, nalał wódki i powiedział: “A teraz się pogódźcie, bo ja nie wytrzymam dwóch choleryków naraz”.
Ale Stasia nie ma. Jest tylko zegar na ścianie, barszcz w wazonie i ja – kobieta, która przeżyła osiemdziesiąt dwa lata i dopiero teraz musi tłumaczyć własnym dzieciom, że miłość to nie Excel i nie lista zadań.
Po Wigilii było cicho. Tydzień, drugi. Rysiek nie dzwonił. Marzena przyjechała w sobotę, ale milczała. Dopiero w styczniu, kiedy wezwano mnie na kontrolę do kardiologa, stało się coś, czego nie przewidziałam. Przyszli oboje. Razem. Rysiek wziął dzień wolnego, przyjechał z samego rana. W poczekalni siedzieli obok siebie i nie kłócili się. Rysiek trzymał moje dokumenty. Marzena trzymała moją rękę.
Nic nie powiedzieli wielkiego. Żadnych przeprosin, żadnych deklaracji. Rysiek zapytał, jak spałam. Marzena nie rozmawiała przez telefon z mężem.
Kiedy wyszłam od lekarza, Rysiek powiedział: “Mamo, może wpadnę w następny weekend. Marzena, pokażesz mi, jak robisz ten sok z marchewki?”
Marzena spojrzała na niego podejrzliwie. Potem powiedziała: “Mogę. Ale musisz sam obierać.”
Nie powiem, że od tamtego dnia jest idealnie. Rysiek nadal prowadzi swoją tabelkę. Marzena nadal ma zaciśniętą szczękę, kiedy jedzie do mnie zamiast nad jezioro. Ale czasem dzwonią do siebie. Czasem Rysiek pyta, jak się czuję, zanim poda kwotę przelewu. Czasem Marzena mówi: “Jadę do mamy” zamiast “Muszę jechać do matki”.
Osiemdziesiąt dwa lata. Dwoje dzieci. Jeden zegar na ścianie. I tyle mi wystarczy – nie idealnej rodziny, ale takiej, która próbuje.