Syn wymieniał podłogę w naszym starym mieszkaniu i pod deskami znalazł plastikową torebkę. W środku były trzy koperty – każda zaadresowana do mnie, każda z inną datą, żadna nigdy nie trafiła do mojej skrzynki.

Bartek zadzwonił do mnie w środku dnia, a ja akurat przesadzałam rododendrony w szkółce i miałam ręce po łokcie w torfie.

– Mamo, możesz przyjechać? Znalazłem coś pod podłogą – powiedział takim głosem, jakby zobaczył mysz albo coś gorszego.

– Bartek, ja tu mam dwieście sadzonek do piątej…

– Mamo. Przyjedź.

Odłożyłam telefon i przez chwilę stałam z doniczką w ręce, zastanawiając się, co takiego można znaleźć pod deskami w mieszkaniu, w którym mieszkam, odkąd pamiętam. Rury? Stary kabel? Martwego szczura? Powiedziałam Kasi, że muszę wyjść wcześniej, i pojechałam przez pół Olsztyna autobusem, bo samochód akurat był w warsztacie.

Bartek czekał na mnie w przedpokoju. Mieszkanie wyglądało jak po przejściu tornada – wyrwane deski leżały pod ścianą, spod spodu wyłaziła stara warstwa gazet, piach, kurz. Ale Bartek nie patrzył na bałagan. Trzymał w ręce foliową torebkę – zwykłą, reklamową, z logo Biedronki, które już dawno zmieniło się na nowe – a w środku leżały trzy koperty.

– To było przyciśnięte cegłą – powiedział. – Pod deskami, przy kaloryferze. Ktoś to tam schował specjalnie.

Wzięłam torebkę. Koperty były pożółkłe, ale suche. Na pierwszej – moje imię i nazwisko, napisane odręcznie, pismem, które znałam tak dobrze jak własne. Na drugiej – to samo. Na trzeciej – to samo. Daty na stemplach: kwiecień 1998, wrzesień 1999, marzec 2001. Adres nadawcy – Lidzbark Warmiński, ulica Kopernika 12.

Nogi się pode mną ugięły i usiadłam na wyrwanej desce.

To był charakter pisma mojego ojca. A adres na kopercie – adres mieszkania, w którym tata zamieszkał po odejściu od mamy. Adres, pod który nigdy nie pojechałam.

Bartek kucnął obok mnie.

– Dziadek Tadeusz? – zapytał cicho, bo przecież on też rozpoznał to pismo. Widział je na podpisanych mu kartkach urodzinowych, zanim dziadek umarł.

Kiwnęłam głową i poczułam, jak coś mi się zaciska w gardle. Ojciec zmarł w 2003 roku. Miałam wtedy trzydzieści osiem lat. Byłam na pogrzebie, stałam z boku, płakałam, a mama stała obok i nie płakała. I przez te wszystkie lata myślałam, że tata po prostu nie chciał kontaktu. Że odszedł od mamy, a przy okazji odszedł ode mnie. Że trzy lata milczenia przed śmiercią – to był jego wybór.

A teraz trzymałam w ręce dowód, że to nie był jego wybór. Że pisał. Trzy razy. I że ktoś te listy schował pod podłogą zamiast oddać mi je do rąk.

Nie otworzyłam ich od razu. Siedziałam na tej desce i patrzyłam na koperty jak na coś niebezpiecznego – jak na granaty z wyrwaną zawleczką, które przez dwadzieścia pięć lat leżały pod moimi stopami i nie wybuchły.

Bartek przyniósł mi szklankę wody i usiadł obok, nie pytając o nic więcej. Ma to po mnie – wie, kiedy nie naciskać.

Pierwszy list otworzyłam wieczorem, w domu, przy zamkniętych drzwiach. Ręce mi się trzęsły tak, że ledwo wyciągnęłam kartkę z koperty. Ojciec pisał prostym językiem, bez ozdobników. Nie umiał inaczej – całe życie pracował jako tokarz w zakładach mechanicznych i słowa traktował jak narzędzia: używał tyle, ile trzeba.