Zdjęcie mojego balkonu powiesili w gablocie przed urzędem, na głównej ulicy. Obok dyplom z moim imieniem i nazwiskiem. Napisali nawet krótki tekst: “Pani Lucyna pielęgnuje swoje pelargonie od trzydziestu lat, tworząc jeden z najpiękniejszych balkonów w mieście”.
Nie dzwoniłam do Grzegorza. Nie musiałam – dowiedział się od sąsiadki, która napisała na grupie osiedlowej. Zadzwonił wieczorem.
– Mamo, widziałem na Facebooku. Gratulacje. Naprawdę fajne.
“Fajne”. Henryk by powiedział: “A nie mówiłem?”. Grzegorz powiedział “fajne”. Ale dobrze, przyjęłam.
A w sobotę przyszła Patrycja.
Nie z Grzegorzem – sama. To mnie zdziwiło, bo Patrycja nigdy nie przychodziła sama. Zawsze z synem, jakby potrzebowała tłumacza albo świadka. Tym razem stanęła w drzwiach z pudełkiem ciasta z cukierni i tym swoim uśmiechem, który ja przez osiem lat nauczyłam się czytać jak barometr.
– Pani Lucyno, przyniosłam sernik, bo chciałam pogadać. – Usiadła w kuchni, rozejrzała się po balkonie za szybą i powiedziała: – Właściwie to chciałam zapytać, skąd pani bierze te sadzonki. Bo my z Grzegorzem kupiliśmy taki nowy skrzynkowy system na balkon i pomyślałam, że pelargonie mogłyby fajnie wyglądać.
Patrzyłam na nią i nie wiedziałam, co czuję. Złość? Trochę. Satysfakcję? Trochę. Smutek? Chyba najbardziej. Bo osiem lat komentarzy nie znikło od jednego dyplomu w gablocie. A jednak – siedziała w mojej kuchni i pytała o sadzonki. Nie o lawendy, nie o trawy ozdobne. O pelargonie.
Mogłam powiedzieć wiele rzeczy. Mogłam przypomnieć cmentarz, babcię, sentymentalizm. Mogłam zapytać, od kiedy to “cmentarne kwiaty” nadają się na jej nowoczesny balkon.
Zaparzyłam herbatę. Wyjęłam notes, w którym od lat zapisywałam odmiany i terminy sadzenia. I zaczęłam tłumaczyć, jak przycinać pelargonie na jesień, żeby wiosną dały nowe pędy.
Patrycja słuchała. Pierwszy raz od ośmiu lat naprawdę słuchała.
Nie wiem, czy to początek czegoś nowego między nami. Nie wiem, czy za miesiąc znowu usłyszę o cmentarzu. Ale wiem jedno – tamtego wieczoru, kiedy Patrycja wyszła z notatkami w telefonie i obietnicą, że wpadnie po sadzonki w sierpniu, usiadłam na balkonie wśród pelargonii. Był ciepły czerwcowy wieczór, pachniało kwitnącymi lipami z podwórka, a z otwartego okna u sąsiadów leciała jakaś stara piosenka.
Pomyślałam, że Henryk by się uśmiechnął. I że może nie chodzi o to, żeby wygrywać konkursy. Może chodzi o to, żeby kwitnąć dalej – niezależnie od tego, kto patrzy i co mówi.