Synowa od lat mówiła przy gościach, że moje pelargonie na balkonie to “kwiaty jak z cmentarza”. W czerwcu wygrałam miejski konkurs na najładniejszy balkon – zdjęcie powiesili w gablocie przed urzędem. W sobotę synowa zapytała, skąd biorę sadzonki.
Gdyby ktoś mi powiedział rok temu, że będę stać przed urzędem miasta i patrzeć na własne zdjęcie za szybą, pomyślałabym, że żartuje. A jednak stałam tam w czerwcu, w sandałach na niskim obcasie i letniej bluzce, i patrzyłam na napis: “I miejsce – balkon przy ulicy Lipowej 14, mieszkanie 37”. Mój balkon. Moje pelargonie. Te same, które synowa Patrycja nazywała “cmentarnymi”.
Zaczęło się osiem lat temu, kiedy Grzegorz przyprowadził ją na pierwszy obiad. Ładna, energiczna, trzy lata po studiach. Pracowała w biurze nieruchomości, nosiła ostre paznokcie i zawsze pachniała czymś słodkim, cytrusowym. Grzegorz patrzył na nią jak na cud. Ja też byłam zadowolona – miał trzydzieści dwa lata, pora była.
Pierwsza uwaga padła chyba na trzeciej wizycie. Patrycja stanęła przy balkonie z kawą i powiedziała do Grzegorza, ale tak, żebym słyszała:
– Kochanie, te pelargonie to trochę jak u babci na wsi, nie? Takie… sentymentalne.
Grzegorz wzruszył ramionami. Ja dolałam jej kawy i nic nie powiedziałam. W końcu każdy ma prawo do gustu. Ale “sentymentalne” to był dopiero początek.
Przez następne lata pelargonie Patrycji przeszkadzały coraz bardziej. Przy rodzinnym grillu na Dzień Matki: “Mamo, naprawdę, te czerwone doniczki wyglądają jak dekoracja na Wszystkich Świętych”.
Na imieninach: “Wiesz, teraz ludzie sadzą lawendy, tymianek, takie nowoczesne rzeczy”. Przy wspólnej kolacji wigilijnej: “Ciekawe, że pani Lucyna trzyma się tych pelargonii, bo ja bym na balkonie zrobiła coś z trawami ozdobnymi”.
Każde zdanie lądowało cicho, z uśmiechem i z tym jej sposobem mówienia do mnie “pani Lucyna” zamiast “mamo”, choć Grzegorz prosił ją nie raz. Nigdy nie powiedziała niczego wprost obraźliwego. Nigdy nie krzyknęła. Po prostu – ucinała. Milimetr po milimetrze.
Mój syn tego nie widział. A może widział, ale nie chciał widzieć. Grzegorz pracował na dwie zmiany w fabryce mebli, wracał zmęczony, chciał spokoju. Kiedy raz powiedziałam mu ostrożnie, że Patrycja mogłaby nie komentować mojego balkonu, spojrzał na mnie z wyrzutem.
– Mamo, ona żartuje. Czemu się tak wszystko bierzesz do siebie?
Więc przestałam brać do siebie. Przynajmniej na głos. W środku – to inna sprawa. Bo widzisz, te pelargonie to nie były “kwiaty jak kwiaty”. Sadziłam je od trzydziestu lat. Zaczęłam, kiedy Grzegorz chodził do podstawówki, a mąż Henryk jeszcze żył.
Henryk przyniósł mi pierwszą sadzonkę z targu na Kalinowszczyźnie, taką zwykłą, czerwoną. Powiedział: “Lucyna, posadź coś na tym balkonie, bo wygląda jak więzienie”. I posadziłam.
Po śmierci Henryka – zawał, pięć lat temu, nagle, w piątek wieczorem przy telewizorze – pelargonie zostały jedyną rzeczą, która rosła. Reszta się kurczyła. Emerytura po trzydziestu latach pracy w szpitalu ledwo starczała na rachunki.
Syn miał własne życie. Koleżanki z oddziału powoli odpadały – jedna się przeprowadziła, druga chorowała, trzecia po prostu przestała dzwonić. Ale pelargonie kwitły. Dostawały wodę co drugi dzień, nawóz raz w miesiącu, i kwitły jak oszalałe. Czerwone, różowe, białe, te z dwukolorowymi płatkami, które hodowałam z nasion sprowadzanych od pani Zosi z Zamościa.
Balkon wyglądał jak ogród zawieszony na trzecim piętrze. Sąsiadki przystawały na chodniku i patrzyły do góry. Pani Marta z drugiego piętra pytała o odmiany. Nawet pan Władek z naprzeciwka, emerytowany kolejarz, który normalnie nie zwracał uwagi na nic poza prognozą pogody, powiedział kiedyś na klatce: “Pani Lucyno, pani balkon to jedyna rzecz, na którą warto patrzeć na tym osiedlu”.
A Patrycja dalej swoje. Przy każdym spotkaniu – cmentarz, babcia, sentymentalizm.
W kwietniu tego roku sąsiadka przyniosła mi ulotkę. Urząd miasta ogłosił konkurs na najpiękniejszy balkon. Nagroda symboliczna – dyplom i bon do centrum ogrodniczego. Ale chodziło o coś innego. O to, żeby ktoś powiedział oficjalnie: to jest piękne.
Wypełniłam formularz. Wysłałam trzy zdjęcia zrobione telefonem, który Grzegorz mi kupił na urodziny. Nie powiedziałam nikomu. Nie synowi, nie sąsiadkom, nie koleżance Danucie, z którą piję herbatę w czwartki. Bałam się, że się wygłupię. Że komisja przyjedzie, zobaczy te “cmentarne” pelargonie i powie: dziękujemy, pani Lucyno, ale to nie te czasy.
Komisja przyjechała w maju. Trzy osoby – młoda kobieta z urzędu, starszy pan z ogrodu botanicznego i fotograf. Stali na chodniku, patrzyli do góry, robili zdjęcia. Ja stałam na balkonie z konewką w ręku i udawałam, że podlewam, a tak naprawdę trzęsły mi się ręce.
Wynik przyszedł pocztą w pierwszym tygodniu czerwca. Białe koperta z herbem miasta. Pierwsze miejsce. Czytałam ten list trzy razy, bo nie wierzyłam. Potem zadzwoniłam do Danuty i się rozpłakałam.