Tym razem głośniej.
„Proszę pana, proszę natychmiast otworzyć”.
W końcu odezwał się męski głos zza drzwi.
Spokojnie.
Za spokojnie.
„Chwileczkę”.
Ruiz mruknął, nie ruszając ustami:
„On coś czyści”.
Avery już czuł, jak ściska go w żołądku.
Bo niewinni ludzie zazwyczaj otwierają drzwi.
Inni zyskują na czasie.
Zamek w końcu się przekręcił.
Drzwi otworzyły się na tyle, że ukazał się mężczyzna około czterdziestki w szarym T-shircie i czystych dżinsach.
Mark Delaney.
Ojciec.
Avery rozpoznał go natychmiast po zdjęciu jego prawa jazdy na tablicy patrolowej.
Mężczyzna się uśmiechał.
Nienaturalnie.
Jak ktoś recytujący wyuczoną kwestię.
„Policjanci. Jakiś problem?”