Ojciec mimowolnie podążył za jego wzrokiem.
Błąd.
Tylko na sekundę.
Ale dość.
Nagle w domu rozległ się dziecięcy głos.
Bardzo słaby.
„Tato…?”
Avery natychmiast poczuł napięcie w każdym mięśniu.
Mark lekko odwrócił się w stronę korytarza.
I na ułamek sekundy maska całkowicie zsunęła się z twarzy.
Żadnej paniki.
Tylko irytacja.
Czysty.
Nagi.
Jak człowiek zaniepokojony problemem logistycznym.
Potem znowu się uśmiechnął.
„Moja córka jest dziś chora. Nic poważnego”.
Ruiz delikatnie położył dłoń na pistolecie.
Nie strzelać.
Odruchowo.
Ponieważ ludzki instynkt czasami rozpoznaje niebezpieczeństwo, zanim pojawią się dowody.
Avery zachował neutralny ton głosu.
„Musimy zobaczyć dzieci”.
Natychmiast zapadła cisza.
I tym razem uśmiech naprawdę zniknął z twarzy Marka Delaneya.
Nie gwałtownie.
Powoli.
Jak gaszenie światła.
„To nie jest konieczne”.
Za nim coś nagle uderzyło w ścianę na piętrze.
Potem cichy, stłumiony krzyk.