Nową pracę. Nową kobietę. Nowe życie. A stara matka została w bloku na osiedlu i nagle okazało się, że syn, który „nareszcie” się uwolnił, nie ma czasu wozić jej do lekarza.
– Pomyślałam, że ty blisko jesteś. I masz samochód. Mógłbyś – to znaczy mogłabyś – mnie podrzucić. We wtorek i w piątek.
Milczałam tak długo, że zapytała, czy jeszcze jestem na linii.
Byłam. Stałam w swojej kuchni, w swoim mieszkaniu, na swoim linoleum, które sama wybrałam – i trzymałam telefon tak mocno, że bolały mnie palce.
Dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat zdań, które kroiły powoli, milimetr po milimetrze, jak tępy nóż. A teraz ta sama kobieta pyta, czy mogę ją podwieźć do lekarza. Bo syn jest zajęty. Bo syn zawsze był zajęty – wtedy, kiedy trzeba było stanąć po czyjejś stronie, też był zajęty.
– Muszę pomyśleć – powiedziałam w końcu.
– Dobrze – odpowiedziała Krystyna. I dodała coś, czego nie spodziewałam się usłyszeć: – Rozumiem.
Rozłączyłam się i usiadłam przy stole. Herbata stygła w kubku. Za oknem sąsiadka z parteru wieszała pranie na suszarce, choć zapowiadali deszcz. Normalne życie. Zwykły czwartek.
Kuba zadzwonił wieczorem. Powiedziałam mu o telefonie babci.
– I co zrobisz? – zapytał.
– Nie wiem.
– Mamo, cokolwiek zdecydujesz, to będzie okej.
Leżę teraz w łóżku i myślę o tym „rozumiem”, które powiedziała Krystyna. Czy ona naprawdę rozumie? Czy wie, co mi zrobiła? Czy to było przeprosiny ukryte w jednym słowie – czy po prostu taktyka starej kobiety, która potrzebuje kierowcy?
Nie wiem. I może to jest najgorsze – że po dwudziestu latach nadal nie potrafię odczytać tej kobiety. Że nadal szukam w jej słowach czegoś, czego pewnie nigdy tam nie było.
Ale wiem jedno. Cokolwiek zdecyduję – zdecyduję sama. I to już jest więcej, niż miałam przez ostatnie dwadzieścia lat.