Zatrudniłam asystenta, potem zespół.
Nauczyłam się negocjować bez mrugnięcia okiem.
Nauczyłam się nigdy nie mylić uprzejmości z uległością.
Cztery lata później moja agencja była jedną z najbardziej szanowanych w kraju.
Moi synowie dorastali w jasnym penthousie pełnym książek, zabawek, śmiechu i poczucia bezpieczeństwa.
Znali miłość.
Znali niedzielne naleśniki, bajki na dobranoc i przytulanie się po koszmarach.
Nie znali Sterlingów.
Zrobiłam to celowo.
Wtedy przyszło zaproszenie.
Koperta była gruba, kremowa i pachnąca.
Otworzyłam ją przy oknie wykuszowym w salonie, podczas gdy Chicago migotało pode mną.
Michael Sterling i Isabella Whitmore.
Nie byłam zaskoczona.
Isabella była dokładnie taką kobietą, jaką wybrałaby Victoria: młoda, elegancka, wychowana w odpowiednich kręgach, córka senatora, którego wpływ mógł otworzyć rodzinie Sterlingów jeszcze więcej drzwi.
Ale to nie ślub mnie zachwycił.
To był mój plan miejsc siedzących schowany razem z zaproszeniem.
Stół 19.
Przy wejściu dla obsługi.
Wtedy zdałam sobie sprawę, że to nie było zaproszenie.
To było przedstawienie.
Victoria chciała, żebym przyszła.