Wstał od stołu. Nie kłócił się, nie krzyczał. Po prostu wstał, zabrał talerz do zlewu i powiedział cicho:
– Fanaberie.
To słowo zostało w kuchni jak plama na obrusie, której nie da się wyprać. Fanaberie. Mój jedyny tydzień w roku. Moje jedyne pieniądze, które nie szły na rachunki, leki, prezenty na imieniny i komunie. Fanaberie.
Przez następne tygodnie Grzegorz nie dzwonił. Cisza. Patrycja pisała SMS-y – krótkie, miłe, o próbach sukni, o kwiatach, o tym, że wybrali biały i pudrowy róż. Ani słowa o pieniądzach. Myślałam, że temat umarł.
A potem przyszedł ten telefon do Lucyny.
Lucyna zadzwoniła do mnie tego samego wieczora. Nie była zła – była zaskoczona.
– Danuśka, twój syn do mnie dzwonił. Mówił, że może byśmy pojechały gdzieś bliżej, na krócej. Że to rok wesela i trzeba się zorganizować.
– Co mu powiedziałaś?
– Że to jest nasza sprawa, moja i twoja. I że pokój jest zarezerwowany.
– A on?
– Powiedział, że rozumie, ale że “mamo by na pewno wolała pomóc rodzinie, tylko się wstydzi powiedzieć”.
Siedziałam na kanapie z telefonem przy uchu i czułam, jak coś pęka. Nie głośno, nie z trzaskiem. Cicho, jak nić, która długo się naprężała i w końcu puściła. Mój syn – moje dziecko, które nosiłam na rękach przez oddział, kiedy miał gorączkę, któremu kupowałam drugie śniadanie z pieniędzy na moje obiady – mój syn dzwonił do mojej siostry, żeby ją przekonać, że moje plany są mniej ważne niż jego budżet weselny.
Nie zadzwoniłam do Grzegorza tego wieczoru. Ani następnego dnia. Przez tydzień milczałam.
W sobotę pojechałam do Patrycji. Sama, bez zapowiedzi. Patrycja otworzyła drzwi w dresie i z mokrymi włosami, zaskoczona.
– Babciu? Wszystko dobrze?
– Siadaj, kochanie.
Usiadłyśmy w tej ciasnej kawalerce, na kanapie, która była też łóżkiem, przy stoliku, na którym leżały próbki zaproszeń i katalog florystyczny. Patrycja patrzyła na mnie wielkimi oczami.
– Patrycja, czy tata ci mówił, że prosił mnie o trzynastkę na wesele?
Spuściła wzrok.
– Babciu, ja mu powiedziałam, żeby tego nie robił.
– Ale zrobił.
– Wiem. Przepraszam.
Wzięłam ją za rękę. Miała drobne, zimne palce – jak ja w jej wieku.
– Kochanie, ja ci kupię piękny prezent ślubny. Ale te pieniądze – to jest mój tydzień z ciocią Lucyną. I ja go potrzebuję. Nie dlatego, że cię nie kocham. Tylko dlatego, że mam sześćdziesiąt trzy lata i wreszcie zaczęłam robić jedną rzecz w roku tylko dla siebie.
Patrycja ścisnęła moją dłoń.
– Babciu, jedź do Kołobrzegu. Wesele i tak będzie piękne.
Wracałam do domu autobusem, przez całe miasto, i patrzyłam na Olsztyn za szybą – na bloki, na drzewa, na ludzi z siatkami.
I myślałam, że moja wnuczka w swoich dwudziestu czterech latach zrozumiała coś, czego mój syn w czterdziestu dwóch nie potrafił: że matka to też człowiek. Że emerytka to nie skarbonka. I że tydzień w Kołobrzegu z siostrą – to nie fanaberia. To dowód na to, że jeszcze żyję.
Pokój jest zarezerwowany. Lucyna kupuje nowy kostium kąpielowy. Gospodyni przysłała SMS-a, że czeka na nas.
Jadę.