Pobraliśmy się w 1950 roku. Miałam 25 lat, on 30. Mieliśmy dwoje dzieci: syna w 1951 roku i córkę w 1954 roku. Byłam dobrą matką i dobrą żoną. Gotowałam, szyłam, dbałam o dom, uśmiechałam się, kiedy było trzeba. Ale za każdym razem, gdy Henry mnie dotykał, nawet czule, nawet z miłością, czułam się jak na oddziale 13. Za każdym razem, gdy mnie całował, pachniałam niemiecką wodą kolońską.
Za każdym razem, gdy brał mnie w ramiona, zamieniałam się w posąg. Dysocjowałam dokładnie tak samo, jak podczas wojny. Henry nie rozumiał, dlaczego byłam taka odległa, dlaczego nigdy nie odczuwałam przyjemności, dlaczego czasami płakałam po stosunku. Myślał, że to jego wina, że tak naprawdę go nie kochałam i może miał rację. Może nigdy nie byłam w stanie naprawdę nikogo kochać po tym, co się stało, bo miłość wymaga wrażliwości, wymaga poddania się, wymaga zaufania, a wszystko to zostało mi odebrane w tym cholernym hotelu.
Nigdy mi ich nie zwrócono. Moje dzieci dorosły, opuściły dom, założyły własne rodziny. Henry zmarł w 199 roku na zawał serca. Byliśmy małżeństwem od lat i przez 48 lat spał obok kobiety, której tak naprawdę nie znał. Kobiety, która nosiła permanentną maskę. Kobiety, która zmarła w wieku 18 lat i przez resztę życia udawała, że żyje.
Kilka razy myślałam o samobójstwie, nie od razu po wojnie. W tamtym momencie byłam zbyt otępiała, by cokolwiek czuć. Ale później, w latach 60., w latach 70., kiedy moje dzieci były już dorosłe i nie miałam już powodu, by być dla nich silna. Kiedy Henry był tam, ale gdzie indziej, pogrążony we własnych myślach, we własnych żalach, kiedy budziłam się w nocy, łapiąc powietrze, pewna, że jestem z powrotem w tym pokoju, że Richter zaraz przyjdzie, że wszystko zacznie się od nowa, myślałam, że prościej będzie odejść, położyć kres tej szaradzie, ale nigdy nie miałam…
Odwaga. A może miałam jej za dużo. Za dużo odwagi, by kontynuować, za mało, by dokończyć. W 2005 roku coś się zmieniło. Francuski dokumentalista, pracujący nad filmem o okupacji, odkrył niemieckie archiwa w berlińskim muzeum. Dokumenty administracyjne dotyczące żołnierzy w burdelach, listy nazwisk, raporty medyczne, statystyki dotyczące liczby kobiet zatrudnionych w tych placówkach w okupowanej Europie. Liczba była porażająca.
Szacuje się, że od 1000 do ponad 34 000 kobiet zostało zmuszonych do służby w tych wojskowych burdelach. 34 000. Większość z nich nigdy nie zeznawała. Wiele zmarło podczas wojny. Inne popełniły samobójstwo później. Inne po prostu zniknęły w ciszy, tak jak ja. Dokumentaliście Thomasowi Bergerowi udało się odnaleźć kilka ocalałych.
Chciał nakręcić film. Dać głos komuś, kto nigdy go nie miał. Ktoś podał mu moje nazwisko. Nie wiem kto. Być może była córka wielkiej gwiazdy, która przeżyła i wiedziała, gdzie jestem. Thomas napisał do mnie list. Uprzejmy, pełen szacunku list, w którym wyjaśnił swój projekt.
Powiedział, że nie chce wykorzystywać naszego bólu, że po prostu chce, żeby świat się dowiedział, żeby historia się dowiedziała, żeby ta zbrodnia nie została zapomniana jak wiele innych. Zajęło mi 3 miesiące, żeby odpowiedzieć, 3 miesiące, żeby rozważyć za i przeciw, 3 miesiące, żeby się zastanawiać, czy mam siłę, by to wszystko przeżyć na nowo, czy mam prawo zniszczyć obraz, jaki miały o mnie moje dzieci, czy mam odwagę zdradzić kłamstwo, które chroniło mnie przez sześć dekad.
W końcu powiedziałam „tak”, nie dla siebie, ale dla innych, dla tych, którzy nie przeżyli, dla tych, którzy przeżyli, ale nie mogli mówić, aby ich głosy mogły w końcu zostać usłyszane poprzez mój. Wywiad odbył się u mnie w domu, w moim małym, miejskim mieszkaniu, w listopadzie 2005 roku. Thomas przyjechał z małym zespołem, kamerą, realizatorem dźwięku, bez ostrego światła reflektorów, tylko miękkie, naturalne światło.
Zadawał mi pytania, nigdy brutalne, zawsze pełne szacunku, ale każda odpowiedź rozdzierała mnie na strzępy. Każde wspomnienie powracało jak wymiociny, jak trucizna powstrzymywana zbyt długo. Mówiłam cztery godziny. Powiedziałam już wszystko. Przymusowy nabór, hotel, Madame Colette, autobus Richtera, inne dziewczyny, Simone, badania lekarskie, rutyna, rozłąka, wyzwolenie, golenie, cisza, małżeństwo, dzieci, kłamstwo, ból, który nigdy nie mija…
A kiedy skończyłem, płakałem po raz pierwszy od 1944 roku. Płakałem, jak człowiek wymiotujący, jak człowiek wydalający coś toksycznego, jak człowiek opróżniający się z siebie. W końcu Thomas mi podziękował. Powiedział, że jestem odważny. Odpowiedziałem, że odwaga nie ma z tym nic wspólnego, że nie mam już nic do stracenia, że jestem stary, że moje dzieci są dorosłe, że nie obchodzi mnie już, co myślą inni, że chcę tylko, żeby prawda gdzieś istniała, nawet jeśli nikt nie spojrzy na nią bezpośrednio.
Film dokumentalny ukazał się w 2007 roku. Nosił tytuł „Zapomniani wojny”. Wyemitowano go we francuskim kanale publicznym we wtorek wieczorem o 22:30. Niewiele osób go widziało, ale ci, którzy go widzieli, zrozumieli. Niektórzy płakali, inni wysyłali listy – listy poparcia, listy gniewu na system, który nas porzucił, listy od innych kobiet, które doświadczyły tego samego i czuły się mniej samotne.
Moje dzieci odkryły prawdę, oglądając ten film. Przez dwa tygodnie nic mi nie mówiły. Potem przyszła do mnie córka. Płakała. Zapytała, dlaczego im tego nie powiedziałem. Powiedziałem mu, że nie chcę, żeby postrzegał mnie inaczej. Niech zobaczy we mnie ofiarę, niech sam uniesie ten ciężar. Przytuliła mnie i powiedziała, że rozumie.
Mój syn jednak nigdy nie przyszedł. Nigdy więcej o tym ze mną nie rozmawiał. Nie wiem, czy jest na mnie zły, czy czuje się urażony. Jeśli wolał kłamać, nigdy go o to nie pytałam. Mam teraz 15 lat, jestem zmęczona, ręce mi drżą, wzrok słabnie, ale pamięć pozostaje nienaruszona. Każdy szczegół, każdy zapach, każdy dźwięk, jakby mój mózg uznał, że to i tylko to zasługuje na zachowanie.
Jakby wszystkie dobre rzeczy, śmiech moich dzieci, spacery z Henrim, rodzinne posiłki zostały wymazane, pozostawiając tylko to, w 13. dzielnicy, w Richter, w tym przeklętym pokoju. Historycy słusznie dużo mówią o Shoah. To absolutny horror, industrializacja mordu, próba całkowitej eksterminacji.
Nie porównuję, nie umniejszam. Ale podczas tej wojny wydarzyły się inne horrory. Horrory mniej widoczne, mniej udokumentowane, mniej rozpoznane. A wśród nich jest to, co nas spotkało. Nas, kobiet z wojskowych burdeli. Nie zostałyśmy zagazowane, nie zostałyśmy rozstrzelane, ale zostałyśmy metodycznie, systematycznie zniszczone.
A po wojnie zostaliśmy wymazani przez wstyd, poczucie winy, obojętność. Niewiele jest archiwów o żołnierzach w burdelach we Francji. Armia niemiecka zniszczyła większość dokumentów przed ucieczką. Te, które pozostały, są rozproszone po muzeach i archiwach, często nieskatalogowane. Przez dekady nikt ich nie szukał.
Nikt nie chciał wiedzieć, ponieważ przyznanie się do tego, co się nam przydarzyło, oznaczałoby przyznanie, że Francja na to pozwoliła, że władze francuskie, nawet pod okupacją, mogły zrobić więcej, że niektórzy Francuzi aktywnie współpracowali w naszym wykorzystywaniu, że Francuzki, takie jak Madame Colette, zarządzały tymi instytucjami.
Łatwiej byłoby o nas zapomnieć, ale historia zawsze powraca. W latach 2000. kilku historyków zaczęło zajmować się tym tematem. Odkryli zeznania, odnaleźli ocalałych, przeanalizowali dokumenty i stopniowo wyłaniał się pełniejszy obraz – przerażający, ponieważ to, co działo się w tych wojskowych burdelach, nie było anarchistyczne.
To nie było dzieło kilku brutalnych żołnierzy działających indywidualnie. To był system, system wymyślony, zorganizowany i zalegalizowany przez naczelne dowództwo. Istniały zasady, protokoły, obowiązkowe badania lekarskie, zaplanowane zmiany, kary dla stawiających opór. Wszystko było rejestrowane, wszystko kontrolowane.
Optan Klaus Richter nie był odosobnionym potworem. Był trybikiem w maszynie, zwykłym człowiekiem, który w kontekście wojny totalnej, absolutnej bezkarności i systematycznego odczłowieczania wroga, robił to, na co pozwalał mu system. Nie uważał się za gwałciciela. Uważał się za zmęczonego żołnierza, korzystającego z usług udostępnionych mu przez przełożonych.
I to jest najstraszniejsze – nie istnienie potworów, ale istnienie systemów, które zamieniają zwykłych ludzi w potwory, bez ich wiedzy. Po emisji filmu dokumentalnego w 2007 roku otrzymałem list. List od córki Klausa Richtera. Miała na imię Elga. Miała 70 lat.
Widziała ten film przypadkiem, gdy kilka miesięcy później został wyemitowany na niemieckim kanale. Rozpoznała nazwisko swojego ojca. Napisała do mnie, że nic nie wie, że jej ojciec nigdy nie rozmawiał z nią o wojnie, że wrócił w 1947 roku, wrócił do pracy jako nauczyciel, był kochającym ojcem, oddanym dziadkiem i że zmarł spokojnie w 1982 roku, otoczony rodziną.
Prosiła mnie o wybaczenie, nie w imieniu ojca. Wiedziała, że nie ma do tego prawa, ale dla siebie, za to, że nie wiedziała, że żyła w niewiedzy, że kochała mężczyznę, który to zrobił. Przeczytałam ten list 10 razy. Płakałam. Żadnego gniewu, żadnego smutku, bo Elga była niewinna, bo dzieci nie ponoszą odpowiedzialności za zbrodnie swoich rodziców.
Bo ona też była w pewnym sensie ofiarą. Ofiarą iluzji, ofiarą milczenia, ofiarą historii, która była przed nią ukryta. Odpowiedziałem jej, że jej nie winię, że nie obarczam jej odpowiedzialnością, że jedyne, czego pragnę, to żeby ludzie wiedzieli, żeby historia się dowiedziała, żeby nigdy więcej się to nie powtórzyło.
Korespondowaliśmy przez dwa lata, wymieniając długie, głębokie listy, w których próbowaliśmy się zrozumieć. Opowiadała mi o swoim ojcu, człowieku, którego znała. Życzliwy, cierpliwy, pasjonujący się literaturą, uwielbiający wnuki. Ja opowiadałem mu o człowieku, którego znałem, zimnym, metodycznym, obojętnym na moje cierpienie.
Próbujemy pogodzić te dwa obrazy, zrozumieć, jak człowiek może być jednym i drugim jednocześnie, jak wojna może wywołać tę moralną schizofrenię. Elga zmarła w 2009 roku. Zostawiła mi ostatni list otwarty po swojej śmierci, napisany przez jej własną córkę. W tym liście podziękowała mi. Powiedziała, że nasza korespondencja pozwoliła jej pogodzić się z historią rodziny, że w końcu mogła dostrzec w ojcu pełnię człowieczeństwa, z jego ciemnymi stronami, że przestała go idealizować, że zrozumiała, że miłość, jaką do niego czuła,
On nie zobowiązywał jej do zaprzeczania jego zbrodniom, że można kochać kogoś i uznać, że dopuścił się niewybaczalnych czynów. Ten list poruszył mnie głęboko, ponieważ ujawnił coś rzadkiego, coś cennego. Umiejętność stawienia czoła prawdzie bez niszczenia siebie. Umiejętność dźwigania ciężaru historii bez załamania się.
Możliwość przekazania tej pamięci przyszłym pokoleniom bez nienawiści, ale z jasnością. Dziś, w 2010 roku, wiem, że nie zostało mi wiele czasu. Moje serce jest zmęczone, moje ciało odmawia posłuszeństwa. Ale zanim odejdę, chciałem zostawić tę pełną relację. Nie tylko te cztery godziny filmu dokumentalnego, ale całość.
Każdy szczegół, każdy niuans, każda sprzeczność, bo historia nigdy nie jest prosta, bo ofiary nie zawsze są niewinne, bo kaci nie zawsze są oczywistymi potworami, bo wojna odsłania najgorsze oblicze ludzkości, ale czasem, o dziwo, także to, co najlepsze. Była dziewczyna o imieniu Marguerite na wielkiej scenie. Miała 22 lata.
Pochodziła z Marsylii. Została aresztowana za pomoc ruchowi oporu. Zamiast ją rozstrzelać, Niemcy zesłali ją tam za karę, za upokorzenie. Marguerite nie dała się złamać. Śpiewała cicho nocami, gdy nie było oficerów. Śpiewała francuskie piosenki, pieśni o wolności, pieśni o nadziei.
A my, pozostałe dziewczyny, posłuchałyśmy go. I przez kilka minut nie byłyśmy już przedmiotami. Znów byłyśmy ludźmi. Marguerite przeżyła. Wróciła do Marsylii. Wstąpiła do Partii Komunistycznej. Została działaczką związkową. Całe życie walczyła o prawa kobiet, o ofiary wojny, o te, których historia zapomniała. Zmarła w 1998 roku.
Uczestniczyłem w jej pogrzebie. Były tam setki ludzi – robotnicy, aktywiści, młodzi ludzie. Wszyscy przyszli oddać hołd tej kobiecie, która nigdy się nie poddała. A ja, stojąc z tyłu kościoła, myślałem o X3. Myślałem o tej dziewczynie, która śpiewała w ciemności. Myślałem o sile, jakiej potrzeba, by pozostać człowiekiem w tym, co nieludzkie.
Gdybym miała podsumować te 62 lata jednym zdaniem, powiedziałabym tak: „Spędziłam życie, starając się stać dziewczyną, którą byłam przed marcem 1943 roku. Ta osiemnastoletnia dziewczyna, która biegała po polach, pomagała matce piec chleb, marzyła o prostej przyszłości, mężu, dzieciach, domu. Nic nadzwyczajnego, po prostu normalne życie.
Ta dziewczyna zginęła w Wielkiej Gwieździe. A ta, która wyłoniła się osiem miesięcy później, już nie była nią. Była kimś innym, kimś, kogo nie rozpoznawałam. Przez długi czas czułam wstyd. Wstyd, że przeżyłam. Wstyd, że nie stawiłam oporu. Wstyd, że byłam posłuszna. Wstyd za własne ciało, które mimo wszystko funkcjonowało.
Bo to jest najgorsza tortura. Nie to, co nam robią, ale to, co robią z naszą relacją z samym sobą. Stajemy się obcy dla siebie, brzydzimy się sobą, gardzimy sobą”. Karzemy siebie i nikt nas nie rozumie, bo z zewnątrz wyglądamy normalnie, uśmiechamy się, pracujemy, wychowujemy dzieci.
Ale w głębi duszy byliśmy martwi od dawna. Zajęło mi dekady, zanim zrozumiałem, że nie jestem winny, że wstyd musi ustąpić, że nie do mnie należy dźwiganie ciężaru tego, co mnie spotkało. Ale to nie jest coś, czego łatwo się nauczyć, zwłaszcza gdy całe społeczeństwo mówi ci coś przeciwnego, gdy ludzie patrzą na ciebie z pogardą, gdy nawet twoja rodzina woli o tym nie mówić, gdy milczenie staje się jedyną akceptowalną opcją.
Po emisji filmu dokumentalnego otrzymałem setki listów, niektóre miłe, inne pełne nienawiści. Byli ludzie, którzy nazywali mnie kłamcą, którzy twierdzili, że zmyślam, żeby zwrócić na siebie uwagę, którzy twierdzili, że wojskowe burdele nigdy nie istniały, że to antyniemiecka propaganda. Te listy mnie bolały, ale też potwierdzały coś ważnego.
Negacjonizm Holokaustu nie dotyczy tylko samego Holokaustu; dotyczy wszystkich okrucieństw, które niektórzy wolą negować, ponieważ zaburzają ich światopogląd. Na szczęście istniały również wspaniałe listy, listy od kobiet, które przeżyły to samo. Niekoniecznie we Francji, ale w Polsce, na Ukrainie, w Holandii, Grecji – wszędzie, gdzie przemierzały wojska niemieckie, istniały te burdele.
I wszędzie kobiety były uciszane po wojnie. Ale teraz, dzięki filmom dokumentalnym, dzięki badaniom historycznym, dzięki kilku głosom, które w końcu odważyły się przemówić, cisza pękła. Napisała do mnie kobieta z Warszawy. Miała na imię Irena. Miała 82 lata. Przez trzy lata była zamknięta w wojskowym burdelu. Trzy lata.