Miał właśnie dodać coś jeszcze, gdy krzesło powoli przesunęło się po podłodze z tyłu sali.
Dźwięk był cichy, ale nagle uciszył pomieszczenie.
Mężczyzna w grafitowym garniturze wstał.
Do tej pory Diego rzucił mu tylko roztargnione spojrzenie.
Był dla niego dyskretnym doradcą z firmy albo jakimś nic nieznaczącym agentem nieruchomości.
Ale kiedy mężczyzna zrobił krok naprzód, Robles zbladł.
Zbladł.
Jego ręka natychmiast powędrowała do krawata.
Alejandro Mendoza nie był typem człowieka, którego łatwo pomylić z kimś innym.
Podszedł do stołu niespiesznie, z lodowatym opanowaniem człowieka, który nigdy nie musiał podnosić głosu, by być posłusznym.
Jego siwiejące włosy były nienagannie uczesane.
Jego zegarek, bardziej dyskretny niż Diego, był prawdopodobnie wart dziesięć razy więcej.
Jego twarz nie zdradzała ani gniewu, ani zdenerwowania, i właśnie to czyniło go tak imponującym.
„Panie Ramirez” – powiedział w końcu.