„Żyje?”
Skinęła głową.
„Żyje.”
Pochyliłam się i rozpłakałam tak mocno, że trzęsły mi się ramiona. Płakałam za dzieckiem. Płakałam za miejscem, w którym go znalazłam. Płakałam za matką, której strach, ból albo ciemność doprowadziły do tamtej chwili. Płakałam, bo świat nagle wydał mi się miejscem, w którym cuda i okrucieństwo mogą istnieć w tym samym oddechu. Później pozwolili mi zobaczyć go z progu. Dziecko leżało owinięte w czysty biały koc pod miękkim szpitalnym światłem. Wyglądało na jeszcze mniejsze niż wcześniej, prawie zagubione w kocu. Ale jego klatka piersiowa unosiła się i opadała. Twarz była spokojniejsza. Paluszki poruszyły się lekko. Podeszłam bliżej.
„Cześć, maleńki” — wyszeptałam.

Rączka dziecka otworzyła się i zamknęła. Uśmiechnęłam się przez łzy i wyciągnęłam do niego jeden palec. Ale zanim go chwycił, zauważyłam coś. Jego maleńka piąstka była zaciśnięta od chwili, gdy go znalazłam. Wszyscy byli zbyt skupieni na ratowaniu go, by to zauważyć. Ale teraz, pod szpitalnym światłem, zobaczyłam mały kawałek niebieskiego materiału uwięziony między jego palcami. Spojrzałam na pielęgniarkę.
„Co to jest?” — wyszeptałam.