On odchrząknął.
“Widziałem Kubę w zeszłym tygodniu. Chciał kopać piłkę, ale trawa była tak wysoka, że piłka mu stawała. Pomyślałem, że skoszę kawałek. Potem zobaczyłem płot. A potem rower.”
“Powinien pan był zapytać.”
“Wiem.”
“To moje podwórko.”
“Wiem.”
“Nie chodzi o to, że nie doceniam.”
“Wiem.”
Stał przede mną zawstydzony, starszy mężczyzna z rękami spracowanymi i spojrzeniem człowieka, który nie chciał niczego zabrać. Chciał tylko zostawić po sobie porządek tam, gdzie ja już nie nadążałem.
“Zapłacę panu” — powiedziałem odruchowo.
Od razu pokręcił głową.
“Nie po to.”
“To kawa. Obiad. Cokolwiek.”
“Nie trzeba.”
Zapadła cisza.
Kuba uchylił drzwi tarasowe. Miał w ręce kromkę chleba z dżemem, policzek umazany jak zawsze i wzrok dziecka, które wyczuwa, że dzieje się coś ważnego, choć nie wie co.
“To pan naprawił mój rower?” — zapytał.
Pan Stanisław zmieszał się jeszcze bardziej.
“Tak troszkę.”
Kuba pomyślał dwie sekundy.
“A hamulce też pan umie? Bo tylny słabo łapie.”
Prawie się roześmiałem.
Dzieci potrafią jednym zdaniem zrobić to, czego dorośli nie umieją przez godzinę.
Pan Stanisław uśmiechnął się wtedy pierwszy raz naprawdę.
“Hamulce umiem.”
Kuba otworzył drzwi szerzej.
“To może pan zobaczyć?”
Chciałem powiedzieć, żeby nie zawracał głowy. Że pan Stanisław ma swoje sprawy. Że nie wypada.
Ale sąsiad tylko odstawił kosiarkę, schylił się po skrzynkę z narzędziami, którą zostawił przy płocie, i powiedział:
“Pokaż, młody.”
Tamtego dnia, przy rowerze Kuby, między garażem a trawnikiem, zobaczyłem coś, czego wcześniej nie widziałem.
Pan Stanisław nie naprawiał tylko płotu.