Julia stała na środku salonu z telefonem przy uchu i mówiła głosem, którego używała przy obcych.
Drżącym.
Cienkim.
Ofiarnym.
– Tato, proszę, przyjedź. Michał wpadł w szał. Jego matka coś wymyśliła, a on zaczął mi grozić. Boję się.
Patrzyłem na nią i miałem wrażenie, że oglądam aktorkę, której przez przypadek zapaliło się światło za kulisami.
Jeszcze minutę wcześniej mówiła o mojej matce jak o śmieciu.
Teraz płakała do telefonu tak przekonująco, że gdybym nie słyszał wszystkiego na własne uszy, może sam bym zwątpił.
Ochroniarz wszedł do salonu pierwszy.
Pan Krzysztof pracował dla mnie od czterech lat. Były policjant, spokojny człowiek, małomówny. Spojrzał na rozbitą filiżankę, na moją matkę z czerwonym policzkiem, na Julię z telefonem w dłoni.
Nic nie powiedział.
Ale jego twarz stwardniała.
– Proszę zabezpieczyć wejście – powiedziałem. – Nikt niczego nie wynosi z domu.
Julia od razu podniosła głos:
– Nie ma pan prawa mnie tu więzić!
– Drzwi są otwarte – odpowiedział Krzysztof spokojnie. – Może pani wyjść. Ale jeśli pani coś zabierze, zaczekamy na policję.
Julia spojrzała na mnie z nienawiścią.
– Pożałujesz tego.
Nie odpowiedziałem.
Usiadłem obok mamy.
Jej dłonie były zimne. Trzymała je splecione na kolanach, jakby bała się zająć za dużo miejsca nawet teraz.
– Mamo – powiedziałem cicho. – Musisz mi powiedzieć prawdę.
Potrząsnęła głową.
– Nie teraz, synku.
– Właśnie teraz.
W jej oczach pojawiły się łzy.
– Ty miałeś tyle spraw. Firma, ślub, ludzie… Nie chciałam ci dokładać.
Te słowa prawie mnie złamały.