Wynajęłam pokój studentce, bo emerytura nie starcza, a i tak bałam się obcej w domu. Po roku przyznała, że nie szukała taniego pokoju – szukała kogoś, kto spyta, czy zjadła obiad. Babcię straciła w liceum
Nie rozmawiałyśmy. Mijałyśmy się w korytarzu z uprzejmym „dzień dobry” i „dobranoc”, a ja zaczynałam żałować. Nie dlatego, że Ola przeszkadzała. Właśnie dlatego, że nie przeszkadzała. Bo jeśli ktoś jest tak cicho, to tak, jakby go nie było. A ja już miałam dość bycia z kimś, kogo nie ma.
Przełamałam się w październiku. Robiłam rosół – taki prawdziwy, na golonkowym, z całą marchewką – i nagle pomyślałam, że głupio robić garnek zupy dla jednej osoby. Zapukałam.
– Ola, zjadłabyś rosołu?
Wyszła z pokoju z oczami czerwonymi od płaczu albo od czytania – nie wiem. Usiadła przy stole i jadła w milczeniu. A potem powiedziała:
– Babcia robiła tak samo. Z całą marchewką.
I zaczęła płakać.
Nie pytałam o nic. Postawiłam przed nią chusteczki i dolałam zupy. Są rzeczy, których nie trzeba tłumaczyć – trzeba po prostu przy nich być.
Od tamtego wieczoru coś się zmieniło. Ola zaczęła wychodzić z pokoju. Siadała w kuchni z notatkami, pytała, czy może zrobić herbatę. Czasem pomagała mi z zakupami – brała te cięższe torby, choć sama ważyła pewnie tyle co nic. W grudniu ubrałyśmy razem choinkę. Małą, sztuczną, stojącą na komodzie. Ola powiesiła na niej ozdobę – aniołka z drewnianą główką.
– Babci – powiedziała krótko.
Zaczęłam się o nią martwić. Jak matka, nie – inaczej. Jak ktoś, kto widzi dziecko, które udaje dorosłego. Czy zjadła śniadanie? Dlaczego wróciła tak późno? Czy ma ciepłą kurtkę, bo mróz taki, że aż drzewa trzeszczą?
Ola śmiała się z tego.
– Pani Halino, nikt mnie tak nie pilnuje od liceum.
A potem, już ciszej:
– Od kiedy babcia umarła, nikt mnie o nic nie pytał. Mama pracuje w Anglii, tata ma nową rodzinę w Gdańsku. Ja jestem tu sama.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Więc powiedziałam to, co umiałam:
– Jutro robię krupnik. Wracaj na czwartą.
Sesja zimowa przyszła jak lawina. Ola siedziała po nocach, piła kawę litrami, rozrzucała kartki po całym pokoju. Raz znalazłam ją śpiącą przy biurku z głową na podręczniku. Przykryłam ją kocem – tym w kratę, babcinym. Rano nic nie powiedziała, ale na blacie stała filiżanka z herbatą. Dla mnie.
Zdała wszystko. Piątki i jedna czwórka. Wpadła do kuchni z indeksem jak z trofeum.
– Zdałam, babciu! Zdałam!