Wynajęłam pokój studentce, bo emerytura nie starcza, a i tak bałam się obcej w domu. Po roku przyznała, że nie szukała taniego pokoju – szukała kogoś, kto spyta, czy zjadła obiad. Babcię straciła w liceum
Babciu.
Stałam przy zlewie i trzymałam się blatu, bo nogi się pode mną ugięły. Nie z zaskoczenia – ze szczęścia tak ostrego, że aż bolało. Nikt nigdy tak do mnie nie powiedział. W trzydziestu dwóch latach w szkole byłam „proszę pani”. Dla sąsiadek byłam „Halinka”. Dla Władka byłam „Halu”. Ale „babciu” – nigdy.
Wieczorem, przy herbacie, Ola powiedziała mi coś, co noszę w sobie do dziś.
– Wie pani, ja wtedy nie szukałam taniego pokoju. Tanie pokoje są wszędzie. Ja szukałam kogoś, kto spyta, czy zjadłam obiad.
Patrzyłam na nią i widziałam siebie – sprzed lat, sprzed Władka, kiedy byłam młoda i myślałam, że samotność to wolność. Zanim zrozumiałam, że wolność i pustka mają ten sam adres.
– Babcię straciłam w drugiej liceum – mówiła dalej Ola, kręcąc łyżeczką w kubku. – Mieszkałam u niej od dziecka, bo mama wyjechała. Babcia była… no, wszystkim. A potem jej nie było i nikt nie pytał, czy zjadłam, czy mi zimno, czy zdałam. Zobaczyłam pani ogłoszenie i pomyślałam – może ta pani będzie pytać.
– I pytam? – szepnęłam.
– Pani nie przestaje – uśmiechnęła się, ale oczy miała mokre.
Minęło pół roku od tamtej rozmowy. Ola kończy drugi rok. Mówi, że zostanie w Płocku na wakacje, bo ma praktyki. Ale ja wiem, że praktyki mogłaby robić gdzie indziej. I ona wie, że ja wiem.
Nie rozmawiamy o tym wprost. Nie musimy.
Krysia z parteru mówi, że jestem naiwna. Że dziewczyna skończy studia i wyjedzie, a ja zostanę z pustym pokojem i jeszcze większą dziurą niż przedtem. Może ma rację. Pewnie ma rację.
Ale kiedy Ola wraca wieczorem i woła z korytarza „Babciu, jestem!”, kiedy siadamy razem do kolacji i ona opowiada mi o wykładach, a ja jej o sąsiadce z czwartego, która znowu suszyła pranie na balkonie w deszczu – wtedy myślę, że Krysia nic nie rozumie. Albo rozumie aż za dobrze i dlatego ostrzega.
Wczoraj Ola powiedziała, że chce mnie zabrać na Dzień Matki do kawiarni. Poprawiłam ją – Dzień Babci jest w styczniu, nie w maju.
Popatrzyła na mnie tak, jakbym czegoś nie zrozumiała.
Może rzeczywiście nie zrozumiałam.