Ani Marka, ani nikogo innego. Emma się uśmiechnęła. Długo, szczerze. Kilka dni później Alex zaprosił ją na kawę. „Na twój startup” – powiedział, unosząc kubek. „Wiedziałem, że się uda”. „Dziękuję” – odpowiedziała cicho Emma. Po kawie długo spacerowali po wieczornym mieście. Emma opowiadała jej o swojej przeszłości, o Vivien, o cioci Csilli. Alex słuchał jej – nie z żalem, po prostu uważnie. I to było lepsze niż jakakolwiek pociecha. – Wiesz – powiedziała Emma, patrząc na światła mostu – Zawsze myślałam, że to mój dom. Ale okazało się, że dom to cisza. I kiedy nikt cię nie zmusza do przeprosin. Alex skinął głową. – I kiedy jest miejsce, do którego można wrócić. Wiosną Emmę zatrudniła duża agencja. Wynajęła nowe studio – swoje własne. Jej własne prace wisiały na ścianie: kolorowe, swobodne, nieograniczone. Czasami wieczorami, może z przyzwyczajenia, wciąż nasłuchiwała kroków za drzwiami – ale nikt nie wchodził bez pukania. Raz dostała e-mail. Od Marka. Tylko dwa zdania: „Wybacz mi. Nie zorientowałam się na czas”. Emma przeczytała i uśmiechnęła się. Nie szyderczo, nie triumfalnie, ale ciepło – bo to już nie miało znaczenia. Kochać siebie jest tysiąc razy trudniejsze niż chronić czyjś dom. Zamknął laptopa, podszedł do okna i spojrzał w dół. Wieczorne światło oświetlało stół, na którym leżał ten plik. Pusty – już oddał dokumenty do studia. Ale zachował to na pamiątkę. Jako przypomnienie, że nawet po najsilniejszym „odejściu”, może zacząć się nowe życie. Potem usiadł z powrotem do pracy. Przy swoim biurku. W swoim domu. Gdzie każdy dźwięk był jego.
„Wynoś się stąd i nie wracaj, jeśli nie możesz mieszkać z moją rodziną!” Mark własnoręcznie otworzył drzwi. Jego głos drżał z gniewu. Ale kiedy Emma odeszła, zabrała ze sobą więcej, niż mogła sobie wyobrazić…