Skupiłam się na fizjoterapii. Przeszłam się po obwodzie mojego małego ogrodu. Pracowałam z domu, a moje szkice do nowej biblioteki we Frankfurcie nabrały śmiałej, ostrej jasności, jakiej nie czułam od lat. Leah była blisko, przynosząc mi książki i sprawdzając moje postępy.
„Mówią rodzinie, że miałaś załamanie nerwowe” – powiedziała mi Leah przy kawie pewnej niedzieli. „Mówią cioci Marcie, że operacja musiała mieć „powikłania”, które wpłynęły na twoją ocenę sytuacji. Próbują zdyskredytować zmianę polityki, przedstawiając cię jako osobę niezrównoważoną psychicznie”.
Zaśmiałam się. Nawet już nie bolało. „Pozwólcie im. Im więcej kłamią, tym bardziej udowadniają moją rację. Nie kochają prawdziwej Maren. Kochają wersję mnie, która im służy”.
Wtedy, w deszczowy wtorkowy wieczór, zadzwonił telefon. To była Tessa.
Prawie nie odebrałam, ale coś w rytmie wibracji było inne. Odebrałam.
„Halo?”
„Maren?” Jej głos był cichy. Brzmiała na mniej niż dwadzieścia sześć lat. Brzmiała jak siostra, którą kiedyś chroniłam. „Mama jest… jest w szpitalu. Zemdlała w sklepie spożywczym. Tata jest w pracy i nie odbiera telefonu”.
Rok temu byłabym w samochodzie, zanim dokończyłaby zdanie. Zajęłabym się ubezpieczeniem, porozmawiałabym z lekarzami i…
Opanowałam kryzys, podczas gdy Tessa płakała w poczekalni.
Poczułam, jak narasta we mnie dawny impuls, wspomnienie męczeństwa. Potem przypomniałam sobie zimną ławkę w kościele św. Łukasza. Przypomniałam sobie emotikonę kciuka w górę.
„Zadzwoniłaś po karetkę?” – zapytałam spokojnym głosem.
„Nie… Myślałam, że przyjedziesz. Nie wiem, co robić, Maren. Boję się”.
„Zadzwoń pod 911, Tessa” – powiedziałam stanowczo. „Miałam operację zaledwie trzy tygodnie temu. Nie wolno mi jeździć na długich dystansach ani niczego podnosić. Masz dwadzieścia sześć lat. Jesteś dorosła. Zadzwoń po karetkę i spotkajmy się tam. Zadzwonię do gabinetu taty”.
„Ale… nie lubię szpitali!” – zawodziła.
„Nikt nie lubi szpitali, Tessa. Ale to twoja matka. Rób swoje”.