Srebrny długopis wyślizgnął się z drżących palców Valérie Caron, kreśląc na papierze podpis zniekształcony łzami.
Była w szóstym miesiącu ciąży.
W jej brzuchu rozwijały się troje dzieci.
A prawnik jej męża poinformował ją spokojnym tonem, że ma dwadzieścia cztery godziny na opuszczenie domu.
Sala obrad, na czterdziestym piętrze, pachniała polerowanym drewnem, zimnym szkłem i zdradą.
Na samym szczycie wieży w dzielnicy La Défense, z okien rozpościerał się widok na Paryż, jakby wysokość mogła nadać okrucieństwu bardziej eleganckiego charakteru.
To było miejsce, w którym życie niszczono bez podnoszenia głosu.
Po drugiej stronie szklanego stołu siedział Alexandre Beaumont.
Mężczyzna, którego kochała od pięciu lat.
Mężczyzna, który powinien był ją chronić.