Wypchnęli Marę z domu, zanim deszcz zdążył wyschnąć na grobie jej męża.
Sześcioro dzieci stało za nią na podwórku, ściskając plastikowe torby, a jej teść wskazywał na drzwi, jakby była tylko bezdomną.
„Twojego męża nie ma” – powiedział chłodno Harold Vance. „Ten dom należy do rodziny”.
Mara spojrzała na małą Lily, śpiącą w jej ramionach, której drobne ciało płonęło gorączką. Za Haroldem stała Celeste z bladym uśmiechem i pustymi oczami.
„Rodzina?” – zapytała cicho Mara. „Dałam twojemu synowi sześcioro dzieci”.
Celeste się roześmiała. „Sześć ciężarów. Sześć powodów, dla których powinnaś odejść, zanim wezwiemy policję”.
Sąsiedzi obserwowali zza zasłon. Harold chciał, żeby zobaczyli. Chciał, żeby jej upokorzenie ujrzało światło dzienne. Przeciągnął dwie walizki przez werandę i wrzucił je w błoto.
„To twoje rzeczy”.