Część 2
Następnego ranka mama wręczyła mi listę zakupów, zanim pojechałem na lotnisko.
Nie zapytała, czy spałem. Nie zapytała, dlaczego mam opuchnięte oczy.
Powiedziała tylko: „Zamów tę frytkownicę beztłuszczową, którą chciał twój ojciec. Tę dobrą, nie tę tanią”.
W samolocie powrotnym do Bostonu napisała mi ponownie SMS-a, przypominając, że pieniądze za styczeń mogą być wysłane wcześniej z powodu święta.
Nie, dziękuję. Nie ma sprawy. Po prostu przypomnienie, jakbym był rachunkiem.
Po powrocie do domu otworzyłem laptopa i zacząłem gromadzić dokumenty.
Wyciągi bankowe. Potwierdzenia przelewów. Raty kredytu hipotecznego. Rachunki ubezpieczeniowe. Zwroty kosztów recept. Zrzuty ekranu wiadomości. Każdy przelew, każda data, każda kwota.
Do północy same miesięczne raty wyniosły 720 000 dolarów.
Nie wliczało się w to dachu, kuchni, SUV-a, prezentów, lotów ani niekończących się nagłych wypadków.
Siedemset dwadzieścia tysięcy dolarów.
A zostało mi 611,83 dolara.
Dwudziestego dziewiątego grudnia mama napisała SMS-a:
Wysłałeś to?
Potem:
Wyciągi z kredytu hipotecznego przed długim weekendem.
Potem:
Wpłaciłem już zaliczkę na jedzenie na Sylwestra.
Odpisałem:
Nie mogę już.
Jej odpowiedź nadeszła natychmiast.
Nie mogę czy nie chcę?
Wtedy zrozumiałem, że czekała na ten moment, gotowa wpędzić mnie w poczucie winy.
Wydrukowałem wszystko.
W Sylwestra wróciłem do Pittsburgha z teczką na siedzeniu pasażera.
Mama otworzyła drzwi, najpierw zirytowana, a potem zaskoczona.
W środku tata oglądał mecz futbolu. Ciocia Sandra układała jedzenie na odnowionych blatach, za które zapłaciłem. Cynamonowa świeca znów się zapaliła.
Wszedłem do jadalni i położyłem teczkę na środku stołu.
„Co to jest?” zapytała mama.
Spojrzałem na nią.
„Skoro mówimy o tym, ile jestem winien, pomyślałem, że powinniśmy w końcu policzyć”.