Mieszkała kilka ulic dalej w świeżo wyremontowanym domu.
Za nasze pieniądze.
Za pieniądze mamy.
Za leki, których nie kupiono.
Za obiady, których nie zjadła.
Za opał, którego zimą brakowało w piecu.
Przez kolejne dni odkrywaliśmy skalę kłamstwa.
Bank pokazał historię przelewów.
Pieniądze trafiały na konto Stefana albo na konto założone na mamę, do którego miał pełnomocnictwo. Niemal natychmiast znikały.
Sklepy RTV.
Salon meblowy.
Wyjazd do Chorwacji.
Ratę za samochód.
Przelewy do Barbary K.
Gotówka wypłacana w bankomatach.
A w tym samym czasie mama miała w karcie leczenia wpisy o przerwanych kontrolach cukrzycy, nieodebranych receptach i spadku wagi.
Najgorszy był akt notarialny.
Nie darowizna od razu.
Sprytniej.
Umowa dożywocia.
Mama rzekomo przekazywała nieruchomość Stefanowi i Barbarze w zamian za opiekę, utrzymanie, wyżywienie i pomoc medyczną.
Na papierze wyglądało to legalnie.
W rzeczywistości było obrzydliwe.
– Możemy to podważyć? – zapytałem Irenę.
– Możemy próbować. Stan zdrowia, możliwy przymus, rażące niewykonywanie obowiązków z umowy. Ale musicie przygotować się na proces.
– Ile potrwa?
– Za długo.
– Mama nie ma za długo.
Irena spojrzała na mnie.
– Właśnie dlatego równolegle złożymy zawiadomienie o znęcaniu się, oszustwie i przywłaszczeniu środków. A przede wszystkim zabezpieczymy ją teraz.
Wynajęliśmy dla mamy prywatny pokój rehabilitacyjny po wyjściu ze szpitala. Nie luksusowy, ale czysty, ciepły, z opieką, pielęgniarką i jedzeniem, którego nie musiała się wstydzić.
Pierwszego dnia po przeniesieniu zjadła pół miski rosołu i przeprosiła.
– Za co? – zapytała Mela.
– Że tyle kosztuję.
Mikołaj wyszedł z pokoju.
Słyszałem, jak płacze na korytarzu.
Ja wziąłem mamę za rękę.
– Mamo, przez całe życie płaciliśmy twoim zdrowiem za nasze dzieciństwo. Teraz pozwól nam zapłacić rachunek pieniędzmi.
Nie odpowiedziała.
Ale ścisnęła moje palce.
Konfrontacja ze Stefanem przyszła szybciej, niż myśleliśmy.
Przyszedł do ośrodka z Barbarą.
Ona miała farbowane blond włosy, czerwone paznokcie i minę kobiety, która już dawno uznała cudzą krzywdę za swój spryt.
– Janina musi wrócić do domu – powiedział Stefan. – Tak jest w umowie.
Mela stanęła przed drzwiami pokoju mamy.
– Nie wejdziesz do niej.
– To moja bratowa.
– To nasza matka.
Barbara prychnęła.
– Nagle wam się przypomniało? Przez lata siedzieliście za granicą i wysyłaliście pieniążki, żeby mieć czyste sumienie. Stefan przynajmniej był na miejscu.
To zdanie uderzyło mocno.
Bo było zaprojektowane tak, żeby uderzyć.
Mikołaj zrobił krok do przodu.
– Jeszcze raz powiesz o naszym sumieniu, a…
– Mikołaj – przerwałem.
Nie mogliśmy dać im sceny.
Nie mogliśmy pozwolić, żeby potem opowiadali, jacy jesteśmy agresywni.
Irena pojawiła się chwilę później, jakby wyrosła z podłogi.
– Panie Stefanie, pani Barbaro, wniosek o zabezpieczenie kontaktu i zakaz zbliżania jest w przygotowaniu. Radzę nie pogarszać swojej sytuacji.
Barbara parsknęła.
– My mamy akt notarialny.
– A my mamy dokumentację medyczną, historię przelewów i świadka w osobie pani Janiny.
Wtedy Stefan spojrzał na drzwi pokoju mamy.
Nie z troską.
Z kalkulacją.
Wiedziałam, że boi się tylko jednego: że mama zacznie mówić.
I zaczęła.
Powoli.
Z przerwami.
Czasem płacząc.
Czasem zapominając dat.
Ale mówiła.
O tym, jak Stefan zabierał jej kartę.
Jak wydzielał jedzenie.
Jak mówił, że jest niewdzięczna.
Jak straszył, że jeśli zadzwoni do nas i „narobi wstydu”, to odda ją do domu opieki, gdzie nikt jej nie odwiedzi.
O tym, jak Barbara przynosiła dokumenty i mówiła:
– Podpisz, Janka. Dzieci i tak nie wrócą. My przynajmniej cię pochowamy jak człowieka.
Kiedy usłyszałem to zdanie, wyszedłem do łazienki i zwymiotowałem.
Nie z obrzydzenia.
Z bezsilnej furii.
Proces cywilny o podważenie umowy rozpoczął się kilka miesięcy później.
Mama była wtedy silniejsza. Przytyła kilka kilo. Chodziła z balkonikiem, ale chodziła. Miała znów kolor na twarzy i czasem nawet żartowała z pielęgniarkami.
Jednak w sądzie wyglądała na bardzo małą.
Za małą wobec stołu, tog, mikrofonów i tych wszystkich słów, które próbują ubrać ludzkie cierpienie w paragrafy.
Stefan siedział po drugiej stronie z Barbarą.
Unikał naszego wzroku.
Barbara nie.
Patrzyła prosto, z tą samą pewnością, którą widziałem u ludzi przekonanych, że papier jest silniejszy niż prawda.
Pomyliła się.
Nie od razu.
Ale się pomyliła.
Irena prowadziła sprawę bez ozdobników.
Pokazała przelewy.