Wyszli ze śmiechem – jakby to było kolejne, zwyczajne popołudnie. „Nic jej nie będzie” – powiedział mój brat, gdy drzwi się za nimi zamknęły. Ale kilka minut później zaczął się płacz. Nie normalny płacz. Nie z głodu. Nie z dyskomfortu. Był intensywny… desperacki. Trzymałam ją, kołysałam, próbowałam wszystkiego – ale nic nie działało. Wtedy coś we mnie podpowiadało mi, że coś jest nie tak. Ręce mi się trzęsły, gdy podnosiłam jej ubranie, żeby sprawdzić. I w chwili, gdy to zobaczyłam… zamarłam. Bo to, co tam było… nigdy nie powinno się wydarzyć.