Kiedy Sterlingowie wznieśli kryształowy kieliszek szampana, aby wznieść toast za niekończący się sukces na przyjęciu otwierającym galę, Julian poczuł wibracje w kieszeni. Wyciągnął telefon, zirytowany przerwą. Otrzymał automatyczne powiadomienie, że jego główna platynowa karta kredytowa została odrzucona przy wpłacie depozytu za luksusowy samochód. Zamrugał do ekranu, prychnął i przesunął palcem po powiadomieniu, śmiejąc się do pobliskiego inwestora jako „głupia usterka bankowa”.
Sala balowa Crescent tonęła w morzu lśniących diamentów, smokingów szytych na miarę i duszącego zapachu starych pieniędzy. Kryształowe żyrandole wielkości małych samochodów rzucały złote, maślane światło na trzysta najbardziej elitarnych, najbardziej nietykalnych mieszkańców miasta. Szampan lał się strumieniami, a kwartet smyczkowy w kącie grał szaleńczy, radosny utwór Vivaldiego.
Arthur Sterling stał na wielkim, plecionym podium na czele sali, rozkoszując się uwielbieniem tłumu. Julian stał tuż za nim, trzymając telefon na gimbalu, transmitując na żywo szczyt ich społecznej dominacji.
„Hojność” – ryknął Arthur do mikrofonu, a jego głos ociekał wyćwiczoną pokorą – „to prawdziwy znak rozpoznawczy nazwiska Sterling. Wierzymy, że komu wiele dano, od tego wiele się oczekuje…”
Ciężkie mosiężne klamki podwójnych drzwi sali balowej nie tylko się obróciły; roztrzaskały się do wewnątrz z gwałtownym, ogłuszającym hukiem.
Kwartet smyczkowy zaskrzypiał i przeraźliwie się zatrzymał. Zdyszane oddechy elity wysysały powietrze z sali. Falanga ciężko uzbrojonych funkcjonariuszy wtargnęła do środka. Stukot sprzętu taktycznego, ciężki stukot butów i ostry trzask policyjnych radiotelefonów natychmiast uciszyły salę balową. Ale to nie byli lokalni policjanci z Greenwich, których Arthur miał w kieszeni. Wyraziste, żółte litery na ich ciemnych kurtkach widniały: FBI.
Tłum rozstąpił się niczym Morze Czerwone, przerażony mężczyznami z karabinami blokującymi wyjścia.
Środkowym przejściem, idąc powoli, miarowo i przerażająco, nadeszła prawdziwa burza.
Szedłem środkiem. Nie miałem już na sobie białego jedwabiu. Miał na sobie dopasowany, granatowy garnitur, który nie tylko kosztował krocie, ale i budził absolutny respekt. Wino zniknęło z moich włosów, upiętych w surowy, nieubłagany kok. Ale to kobieta idąca obok mnie sprawiła, że miliarderzy na sali odsunęli się od niej.
Sędzia Catherine Vance ruszyła naprzód, jej czarne togi powiewały za nią niczym cień pochłaniający jasne światło sali balowej. Wyglądała jak wcielony gniew Boży.
Zatrzymaliśmy się trzy metry od podium. Twarz Arthura odpłynęła z wszelkich kolorów, szczęka mu opadła. Julian opuścił telefon, a ręce trzęsły mu się tak gwałtownie, że gimbal zaskomlał w proteście.
„Julian Sterling. Arthur Sterling” – rozległ się głos Catherine, wzmocniony nie przez mikrofon, ale przez czystą, nieskazitelną władzę jej stanowiska. Przebił się przez przerażającą ciszę sali. „Jestem sędzią Catherine Vance z Sądu Federalnego Stanów Zjednoczonych. Podpisałem nakazy aresztowania pod czterdzieści dwa zarzuty oszustwa podatkowego, wymuszenia, oszustwa elektronicznego i napaści z użyciem przemocy.