Córka usiadła. Patrzyła na mnie niespokojnie, bo znała ten ton. Tak mówiłam, kiedy miała piętnaście lat i wracała po dwudziestej drugiej.
– Ja was kocham – zaczęłam. – I kocham Kubusia i Zosię. Ale ja nie przyjechałam tu pracować. Przyjechałam odpocząć. Z wami. Razem. A wy mnie tu zostawiacie z dziećmi od rana do nocy i wracacie z restauracji o północy.
Beata otworzyła usta, zamknęła je, otworzyła znowu.
– Mamo, ale my po prostu… potrzebujemy trochę czasu we dwoje. Wiesz, jak to jest, cały rok w biegu…
– Wiem, jak to jest. Wychowałam ciebie i Maćka, pracowałam na pełny etat i nie pamiętam, żeby babcia Stasia kiedykolwiek robiła mi śniadanie, obiad i kolację przez dwa tygodnie z rzędu.
– To były inne czasy – powiedziała Beata cicho.
– Inne czasy, ale babcie takie same, córeczko.
Paweł wszedł do kuchni w koszuli i z kluczykami w ręku. Zobaczył nasze miny i stanął w progu.
– Coś się stało? – zapytał.
– Nie – powiedziała Beata. – Nie idziemy dziś na kolację.
Tego wieczoru siedzieliśmy we czwórkę na balkonie – ja, Beata, Paweł i Zosia, bo Kubuś zasnął o dziewiętnastej. Jedliśmy lody kupione w budce na rogu. Beata milczała. Paweł też milczał, ale inaczej – bardziej tak, jakby przeliczał w głowie, ile go kosztują wakacje, na których teściowa robi problemy.
Następnego dnia nic się nie zmieniło. Kubuś obudził mnie o szóstej, Beata spała do dziewiątej. Plan dalej leżał na lodówce. Ale coś było inaczej – Beata nie patrzyła mi w oczy.
Dziewiątego dnia rano wstałam, ubrałam się i wyszłam z apartamentu, zanim dzieci się obudziły. Poszłam na plażę sama. Było wpół do szóstej, piasek zimny, morze szare i ciche. Usiadłam na brzegu, zdjęłam sandały i włożyłam stopy w wodę. Pierwsza kąpiel na tych wakacjach.
Siedziałam tak może pół godziny. Potem wróciłam, bo Kubuś na pewno już wstał.
Beata stała w kuchni z Kubusiem na rękach i miała czerwone oczy.
– Myślałam, że wyjechałaś – powiedziała.
– Dokąd miałabym wyjechać? – odpowiedziałam. – Jestem nad morzem. Na wakacjach.
Wzięłam Kubusia, posadzałam go w krzesełku i zrobiłam mu kanapkę z dżemem.
Zostało jeszcze pięć dni. Nie powiem, że nagle wszystko się zmieniło, bo nie zmieniło się. Beata dalej wychodziła z Pawłem, ja dalej pilnowałam dzieci. Ale dwa razy – dwa razy w ciągu tych pięciu dni – Beata wróciła wcześniej. O dwudziestej, nie o północy. Raz przyniosła mi gofra z bitą śmietaną z molo i powiedziała “taki sam jadłyśmy, jak byłam mała, pamiętasz?”. Pamiętałam.
W drodze powrotnej do Tarnowa, w samochodzie, Kubuś spał z głową na moich kolanach, a Zosia grała na tablecie. Beata odwróciła się z fotela pasażera i powiedziała:
– Mamo, dziękujemy za te wakacje. Naprawdę.
Uśmiechnęłam się. Pomyślałam o Chmielewskiej, która dalej leżała na dnie mojej torby, nieotwarta. Pomyślałam o lodach na balkonie i o morzu o wpół do szóstej rano, szarym i cichym.
– Nie ma za co – powiedziałam.
I chyba tak naprawdę nie było.