Zabrali mnie nad morze na dwa tygodnie. Myślałam – rodzinne wakacje. Pierwszego dnia córka wręczyła mi rozkład: 7:00 śniadanie dla wnuków, 9:00 plaża z dziećmi, 13:00 obiad. Oni z zięciem wrócili z restauracji o północy.
Stałam boso na zimnych kafelkach łazienki i zmywałam piasek z Kubusia, który darł się, że szampon szczypie w oczy, a Zosia tłukła w drzwi, że chce siusiu i że natychmiast, i że czemu babcia tak długo. Za ścianą słyszałam, jak Beata i Paweł pakują się do wyjścia – szczęk kluczyków, śmiech, zapach perfum, które córka dostała ode mnie na urodziny.
– Mamo, my tylko na chwilę na kolację, dobrze? – zawołała Beata z przedpokoju.
Drzwi się zamknęły, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Kubuś miał cztery lata i rozmazany nos. Zosia miała siedem i temperament po ojcu. Był trzeci dzień naszych rodzinnych wakacji w Łebie i ja jeszcze nie widziałam morza inaczej niż zza parasola, pod którym pilnowałam dzieci.
Pomysł wyjazdu padł w kwietniu. Beata zadzwoniła z takim entuzjazmem, że aż odłożyłam koszyk z praniem.
– Mamo, znaleźliśmy super apartament, dwa pokoje, blisko plaży, zabieramy cię nad morze! Dwa tygodnie! Zasłużyłaś, naprawdę.
Trzydzieści lat w podstawówce w Tarnowie, ostatnie pięć na emeryturze – no tak, zasłużyłam. Rozpłakałam się z radości jak idiotka. Kupiłam nowy kostium kąpielowy, krem z filtrem, nawet jedną książkę do czytania na plaży. Kryminał Chmielewskiej, bo lekko miało być.
Chmielewska leżała na szafce nocnej nieotwarta od czwartego dnia.
Bo pierwszego wieczoru Beata wyjęła z torby kartkę – prawdziwą kartkę, wydrukowaną, z tabelką – i powiedziała:
– Mamo, żebyśmy się nie gubiły, spisałam taki luźny plan dnia. Wiesz, żeby było wygodniej.
Luźny plan wyglądał tak: siódma rano śniadanie dla dzieci, dziewiąta plaża z dziećmi, trzynasta obiad, potem Kubuś drzemka, Zosia kolorowanki, szesnasta znowu plaża, osiemnasta kąpiel, dziewiętnasta kolacja, dwudziesta usypianie. Beata i Paweł mieli w planie jedno słowo przy każdej godzinie: wolne.
– A ja kiedy mam wolne? – zapytałam, ale lekko, z uśmiechem, żeby nie wyszło, że narzekam.
Beata spojrzała na mnie tak, jakbym powiedziała coś dziwnego.
– Mamo, to są wakacje. Wszyscy mamy wolne.
Paweł stał przy oknie z telefonem i nawet nie podniósł głowy.
Przez pierwsze dwa dni tłumaczyłam sobie, że to normalne. Że Beata i Paweł pracują cały rok, że potrzebują odpoczynku, że ja przecież lubię być z wnukami. I lubiłam. Kubuś przytulał się do mnie mokry po kąpieli i mówił “babciu, kocham cię do kosmosu”, a Zosia uczyła mnie budować zamki z piasku z fosą i mostem zwodzonym. To były piękne chwile. Ale piękne chwile trwały od siódmej rano do dwudziestej drugiej, bo Beata i Paweł wracali najpóźniej o północy.
Trzeciego dnia zapytałam, czy mogłabym rano pójść sama na spacer, zanim dzieci wstaną.
– Ale Kubuś wstaje o szóstej – powiedziała Beata. – Kto go weźmie?
Czwartego dnia Zosia rozcięła sobie stopę o muszelkę na plaży. Niosłam ją na rękach do apartamentu, podczas gdy Kubuś wył, że też chce na ręce. Dezynfekowałam, kleiłam plaster, robiłam kakao, czytałam bajkę, żeby przestała płakać. Kiedy Beata wróciła z Pawłem z rejsu statkiem po porcie – rejsu, o którym dowiedziałam się, gdy już wyszli – zerknęła na plaster i powiedziała:
– O, co się stało? No nic, to się goi.
I poszła pod prysznic.
Piątego dnia złapałam się na tym, że stoję nad zlewem i obierałam ziemniaki na obiad. Na wakacjach. Nad morzem. W apartamencie, za który – jak usłyszałam przypadkiem przez ścianę – Beata i Paweł zapłacili pięć tysięcy za dwa tygodnie.
Mój pokój – wąski, z rozkładaną kanapą i widokiem na parking – kosztował pewnie ułamek tej kwoty. Ale to ja go dostawałam, bo “mamo, tobie wystarczy, prawda? My z dziećmi potrzebujemy więcej miejsca”.
Szóstego dnia zadzwoniłam do Krysi. Krysia jest moją koleżanką z pracy, emerytowaną polonistką, i jedyną osobą, której mogłam powiedzieć, co czuję, bez strachu, że usłyszę “ale przecież jesteś nad morzem, inni by ci zazdrościli”.
– Marzena – powiedziała Krysia spokojnie – ty nie jesteś na wakacjach. Ty jesteś na dyżurze.
I to jedno zdanie zmieniło wszystko. Nie dlatego, że było odkrywcze – sama to wiedziałam od trzeciego dnia. Ale dlatego, że ktoś inny to powiedział na głos. Bo dopóki to siedzi tylko w mojej głowie, to mogę sobie wmówić, że przesadzam. Że jestem niewdzięczna. Że inne babcie by się cieszyły.
Siódmego dnia, w środę, kiedy Beata wyszła z łazienki w nowej sukience i powiedziała, że idą z Pawłem na kolację i potem może na tańce, bo znaleźli fajny bar na molo – usiadłam przy kuchennym stole i powiedziałam:
– Beata, usiądź na chwilę.