– Wspólne – powtórzyłam. – Dariusz, powiedz mi, ile razy w tym tygodniu jedliśmy razem obiad.
Milczał.
– Ani razu – odpowiedziałam za niego. – Wstajecie, znikacie, wracacie wieczorem pachnący restauracjami, a ja kąpię twoje dzieci i szukam misia Zosi pod kanapą. To nie są wakacje. To jest dyżur.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Powiedziałam to spokojnie, przy kuchennym stole, w piżamie, z suchymi oczami. Może dlatego dotarło.
Natalia zeszła na dół w połowie rozmowy. Stała w drzwiach i słuchała. Widziałam, jak czerwienieją jej uszy. Agnieszka nie wyszła z pokoju – ale drzwi miała uchylone.
Tego dnia poszłam na plażę. Sama. W nowym kostiumie kąpielowym, który leżał w walizce od pięciu dni. Woda była zimna, ale weszłam po kolana i stałam tak długo, że stopy zdrętwiały.
Kiedy wróciłam, Dariusz siedział w ogrodzie z Jasiem na kolanach i budował zamek z piasku w piaskownicy. Natalia robiła obiad. Agnieszka czytała Olkowi bajkę na tarasie.
Nikt nic nie powiedział. Nie było przeprosin, nie było wielkiej rozmowy. Szósty i siódmy dzień wyglądały inaczej – nie idealnie, ale inaczej. Raz jedliśmy razem kolację. Raz Natalia zabrała dzieci do Oceanarium, a ja piłam kawę na molo w Sopocie. Sama, z widokiem na fale, z gofrem w ręku. Płakałam nad tym gofrem jak głupia.
W drodze powrotnej Dariusz prowadził i milczał. Na stacji benzynowej, gdy dzieci poszły do toalety, powiedział cicho:
– Przepraszam, mamo.
Kiwnęłam głową. Nie powiedziałam, że nic się nie stało, bo się stało. Ale też nie ciągnęłam tematu. Są rzeczy, które trzeba usłyszeć raz, żeby zaczęły działać.
Teraz, kiedy siedzę w swoim mieszkaniu i patrzę na ten granatowy kostium kąpielowy suszący się na kaloryferze, myślę o jednym. Trzydzieści lat szyłam sukienki na zamówienie. Trzydzieści lat spełniałam cudze oczekiwania – co do kroju, koloru, długości, terminu. A potem przeszłam na emeryturę i dalej szyłam – tylko że zamiast sukienek robiłam kanapki, prasowałam koszule i szukałam misiów pod kanapą.
Piąty dzień tych wakacji był pierwszym dniem, w którym powiedziałam: nie. I morze, nawet zimne, smakuje inaczej, kiedy wchodzisz do niego sama, na własnych zasadach.