– Babciu, jest śniadanie?
Wstałam, poszłam do kuchni. Nikogo. Na blacie kartka: “Mamo, poszliśmy pobiegać na plażę. Wrócmy koło 10. Mleko w lodówce. D.”
Zrobiłam dzieciom kanapki. Potem ubrałam Olka, bo Agnieszka jeszcze nie dojechała. Zosia rozlała sok na kanapę. Jaś chciał iść na huśtawkę, ale ogród był mokry od rosy, więc biegał po domu. O dziesiątej trzydzieści wrócili Dariusz z Natalią. Spoceni, uśmiechnięci, pachnący solą.
– Cudownie było! – Natalia weszła do kuchni i nalała sobie wodę z cytryną. – Wy już jedliście?
Pomyślałam: to pierwszy dzień, jeszcze się rozkręcą. Jutro pójdziemy razem.
Nie poszliśmy. Drugiego dnia kartka brzmiała: “Jedziemy do Gdańska, wrócimy po południu.” Trzeciego: “Natalia ma masaż o 9, ja idę na kajaki. Buziaki!” Agnieszka dojechała drugiego dnia po południu, ale trzeciego rano też zniknęła. Olek stał w piżamie na korytarzu i pytał, gdzie mama.
– Mama zaraz wróci – powiedziałam.
Nie wróciła do czternastej.
Wieczorami było najgorzej. Koło szesnastej zaczynało się szykowanie. Natalia suszyła włosy, Dariusz prasował koszulę. Agnieszka malowała się w łazience na górze. O osiemnastej całą trójką wsiadali do samochodu.
– Mamo, dasz radę? Wrócimy koło dwudziestej pierwszej – mówił Dariusz.
To nie było pytanie. To było stwierdzenie z pytajnikiem na końcu.
Dawałam radę. Kąpałam troje dzieci. Czytałam bajki. Szukałam zagubionego misia Zosi, bez którego nie zasypiała. Przekonywałam Jasia, że morze jest za daleko na nocny spacer. Uspokajałam Olka, który płakał za mamą, jak tylko słyszał odgłos zamykanych drzwi.
Czwartego dnia usiadłam wieczorem na tarasie. Dzieci spały. Było cicho, z lasu ciągnęło wilgocią i żywicą. Spojrzałam na swoje ręce. Spuchnięte od prania ręczników, z plastrem na kciuku, bo Zosia ugryzła mnie przy obiedzie. Pomyślałam: kiedy ostatnio byłam na plaży?
Odpowiedź: ani razu.
Cztery dni nad morzem i nie widziałam morza inaczej niż z samochodu, kiedy przejeżdżaliśmy obok. Nie włożyłam kostiumu kąpielowego. Nie przeszłam się po molo. Nie zjadłam gofra ani nie wypiłam kawy z widokiem na zatokę.
Gdy wrócili tego wieczoru – o dwudziestej drugiej, nie dwudziestej pierwszej – Natalia pachniała perfumami i rybą. Agnieszka miała piasek na sandałach. Dariusz niósł pudełko z resztkami deseru.
– Mamo, byłaś kiedyś w tej rybnej na Monte Cassino? Boska! – powiedział, stawiając pudełko na stole.
Patrzyłam na niego i szukałam w jego twarzy czegokolwiek. Cienia świadomości. Zawstydzenia. Choćby chwili wahania. Nic. Mój syn uśmiechał się do mnie z resztkami dorady w pudełku i autentycznie nie widział problemu.
Piątego dnia rano, zamiast robić śniadanie, usiadłam przy kuchennym stole i czekałam. Dariusz zszedł o ósmej.
– O, mamo, nie zrobiłaś kanapek?
– Nie – odpowiedziałam. – Dzisiaj nie robię kanapek. Dzisiaj idę na plażę.
Patrzył na mnie tak, jakbym powiedziała, że lecę na Księżyc.
– Ale… a dzieci?
– Twoje dzieci, Dariuszu. Twoje i Natalii. I Olek jest Agnieszki. Pilnuję ich od poniedziałku. Sama. Od siódmej rano do wieczora.
Zamrugał. Widziałam, jak próbuje ułożyć zdanie. Jak szuka argumentu, który brzmiałby rozsądnie. Że ja przecież lubię być z wnukami. Że to naturalne. Że one mnie kochają. Że on nie prosił wprost.
– Mamo, to miały być wspólne wakacje…