Przez chwilę wrócił ból.
Sebastian.
Śmiech.
„Bezużyteczna starucha”.
Potem spojrzałam na wnuki, które nakrywały do stołu bez telefonów w rękach.
– Możemy – powiedziałam. – Ale nie jak dawniej.
Marta spojrzała na mnie.
– Jak?
– Z szacunkiem.
Usiedliśmy.
Nikt nie zajął mojego miejsca.
Nikt nie komentował, ile jem.
Kuba podał mi półmisek i powiedział:
– Babciu, chcesz jeszcze trochę?
Tak zwyczajnie.
Tak prosto.
A ja prawie się rozpłakałam nad zwykłą porcją ziemniaków.
Nie dlatego, że byłam głodna.
Dlatego, że po raz pierwszy od dawna nikt nie sprawił, żebym czuła się winna, że istnieję.
Sebastian próbował jeszcze walczyć sądownie.
Twierdził, że miał ustne obietnice, że dom „kiedyś będzie ich”, że inwestował w niego swoją pracę. Mecenas Błaszczyk spokojnie rozłożył wszystkie rachunki. Wszystkie przelewy. Wszystkie moje wpłaty. Wszystkie długi Sebastiana.
Sprawa skończyła się szybciej, niż myślał.
Nie dostał domu.