Włączyłam wiadomość głosową Oskara.
W salonie zabrzmiał głos Bartosza:
„Najważniejsze, że jej ojciec ma firmę, magazyny i ziemię.”
Elżbieta pobladła. Jej mąż odwrócił wzrok.
Bartosz rzucił się do telefonu, ale ojciec stanął między nami.
— To był żart między kolegami — powiedział.
— Podobnie jak moje bankructwo.
— Mężczyźni czasem głupio gadają.
— A potem wyrzucają narzeczone z samochodów, kiedy inwestycja przestaje się opłacać?
Bartosz zamilkł.
Ojciec wyjął z szuflady kopertę.
Leżał w niej projekt umowy dotyczącej pieniędzy, które rodzice chcieli przekazać mi po ślubie na zakup mieszkania. Dokument nie był jeszcze podpisany.
— Planowaliśmy dać Kalinie wkład własny — powiedział. — Pieniądze miały należeć wyłącznie do niej. Żadnych udziałów w firmie, żadnego domu dla was obojga i żadnych magazynów.
Bartosz patrzył na kopertę, jakby właśnie zobaczył znikający majątek.
— Przecież rozmawialiśmy o domu.
— Ty rozmawiałeś — odpowiedział tata. — My nigdy niczego ci nie obiecaliśmy.
Elżbieta zmieniła ton.
— Kalina, młodzi popełniają błędy. Bartosz przeprosi, a my opłacimy wasz lokal zaręczynowy. Nie ma sensu urządzać skandalu przed rodziną.
Zdjęłam pierścionek, który Bartosz przyniósł w pudełku, i przesunęłam go po stole.
— Lokal został odwołany przez pani syna. Proszę porozmawiać z nim o zaliczce.
— Zrobiłem to pod wpływem emocji — powiedział Bartosz.
— W ciągu godziny zdążyłeś mnie porzucić, odwołać zaręczyny i publicznie oskarżyć moją rodzinę o próbę wyłudzenia pieniędzy. To nie były emocje. To była lista priorytetów.
Wtedy zadzwonił jego telefon.
Spojrzał na ekran i odrzucił połączenie.
Po chwili zadzwonił ponownie.
— Odbierz — powiedziałam. — To może być policja.
Nie odebrał.