„Koniec” – wyszeptałam. Mój głos był jak cienki drut, wibrujący od resztek strachu po przelewie. „Konto oczyszczone. Jesteś bezpieczny, Carter”.
Carter nie zerwał się, żeby mnie przytulić. Nie płakał z ulgą człowieka, który właśnie uniknął katastrofalnego pobicia. Zamiast tego westchnął długo, znużonym westchnieniem, takim, jakie mógłby wydać kelner przynoszący niewłaściwy rocznik wina.
„Dzięki Bogu” – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu. „Zaczynałem już myśleć, że znowu będziesz mi prawić wykład na temat «odpowiedzialności finansowej». Miejmy tylko nadzieję, że moja matka nie dowie się, jak blisko tego zaszło. Nigdy by mi nie dała spokoju”.
W końcu na mnie spojrzał, ale w jego spojrzeniu nie było miłości – tylko kliniczna, chłodna ocena mojego wyglądu.
„A tak przy okazji, Eleanor, mamy być w posiadłości na
kolacja wielkanocna o ósmej. Moja matka już jest zirytowana naszym spóźnieniem. Postaraj się ubrać dziś wieczorem w coś… mniej agresywnie. Wyglądasz, jakbyś miała wywalić kogoś z sali konferencyjnej. Załóż perły, które ci dałam. Postaraj się wyglądać jak żona, a nie jak windykator”.
Stałam tam sparaliżowana. Nie było żadnego „dziękuję”. Żadnego potwierdzenia, że właśnie poświęciłam cały swój majątek, żeby go uratować. Dla Cartera moje bogactwo było jedynie narzędziem – wulgarnym, niezbędnym narzędziem do utrzymania stylu życia, do którego czuł się uprawniony z urodzenia, mimo że sam nigdy nie zarobił na nim ani grosza.
Byłam motorem napędowym. On był jedynie ozdobą maski.
„Potrzebuję chwili, żeby się przebrać” – powiedziałam, a mój głos brzmiał, jakby pochodził od kogoś innego.
Gdy szłam do głównej sypialni, pierwsze płatki gęstego śniegu z Connecticut zaczęły padać na zewnątrz, wirując na szybie. To był piękny, cichy pogrzeb. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że śnieg nie tylko pokrywał podjazd; on grzebał kobietę, którą kiedyś byłam.
Rozdział 2: Jaskinia Srebra Sterling