W kościele unosił się zapach wosku pszczelego, cytrynowej pasty do mebli i stulecia modlitw. Była to piękna, ponura przestrzeń z witrażami, które roztrzaskiwały popołudniowe słońce na kawałki rubinów i szafirów.
Stałam w apartamencie dla nowożeńców, wpatrując się w swoje odbicie w koronkowej sukni w kolorze kości słoniowej od Maggie Sottero. Kosztowała 1850 dolarów – pieniądze, które sama zaoszczędziłam. Olga, krawcowa, musiała ją skrócić o pięć centymetrów w talii, bo ciężar, który ją obciążał, opadł ze mnie jak długi.
„Wyglądasz jak księżniczka” – wyszeptała moja szesnastoletnia kuzynka, Lily. Tylko ona z mojej rodziny sprzeciwiła się temu rozkazowi. Powiedziała rodzicom, że jest „u przyjaciółki” i wskoczyła do autobusu, żeby tu być.
„Dziękuję, Lily” – powiedziałam łamiącym się głosem.
Moja najlepsza przyjaciółka, Kelly, była zajęta trzydziestoma ośmioma maleńkimi satynowymi guzikami na moich plecach. Normalnie to zadanie matki. Ale moja matka była osiemdziesiąt kilometrów stąd, prawdopodobnie siedziała w swoim pokoju dziennym, zadowolona ze swojej prawości.
„Jesteś gotowa?” – zapytała Kelly, a w jej oczach malowało się dzikie, opiekuńcze współczucie.
„Jestem gotowa” – powiedziałam, choć moje serce było jak niespokojny ptak.
O 14:00 rozpoczęły się organy. Kanon w tonacji D.
Ciężkie dębowe drzwi z tyłu kościoła otworzyły się szeroko. Wzięłam głęboki oddech, ściskając bukiet białych róż i lawendy tak mocno, że łodygi wbijały mi się w dłonie.
Widok był brutalny.
Po prawej – stronie pana młodego – było morze ludzi. Stu siedemdziesięciu sześciu gości. Bracia Nathana ze związku, ich rodziny, dzieci z ośrodka młodzieżowego, jego sąsiedzi. Dom pełen ludzi, którzy kochali mężczyznę, którego nazywali „śmieciem”.
Po lewej – mojej stronie – siedziały dwadzieścia cztery osoby. Kelly, druhny, kilka koleżanek ze studiów i ciocia Beth, która przyszła pomimo gróźb mojej matki.
Ale pierwszy rząd… pierwszy rząd był miastem duchów.
Trzy miejsca, oznaczone eleganckimi, srebrnymi napisami „Reserved Family”. Puste. Stały tam jak akt oskarżenia, drwiąc z mojej nadziei. Nathan kazał mi je usunąć, ale nie mogłem. Potrzebowałem ich tam. Chciałem, żeby świat zobaczył pustkę, którą zostawili po sobie rodzice.
Rozpocząłem spacer. Osiemdziesiąt dwa metry marmurowego przejścia. Trzydzieści osiem stopni. Liczyłem je, żeby się nie zawalić.
Jeden. Dwa. Trzy. Nie patrz na puste ławki.
Cztery. Pięć. Sześć. Spójrz na Nathana.
Stał przy ołtarzu, wyglądając, jakby miał się zaraz załamać. Miał na sobie grafitowy garnitur, na który oszczędzał rok. Jego dłonie ściskały poręcz tak mocno, że aż zbielały mu kostki. Płakał, zanim jeszcze doszedłem do połowy. Wiedział, ile mnie to kosztuje. Znał ciężar każdego kroku.
Krok dziewiętnasty. W połowie.
Wtedy właśnie skrzypnęły tylne drzwi.
To nie był cichy dźwięk. To był ciężki, jęk drewna uderzającego o żelazo, który słychać, gdy ktoś z zapałem wchodzi do katedry. Wszyscy w kościele się odwrócili. Organista zawahał się nawet na pół taktu.
W drzwiach stała kobieta.