Pies uderzał łapą w szybę tak słabo, jakby już nie prosił o otwarcie drzwi, tylko się żegnał. Czarny samochód stał w pełnym słońcu, a na tylnym siedzeniu stary golden retriever oddychał z językiem na boku. Na niebieskiej obroży miał blaszkę: “BIM. Jeśli się zgubi, zadzwoń do dziadka”. Kiedy wybiłem szybę, właścicielka krzyczała tylko o aucie.
OBROŻA Z ZAMKNIĘTEGO SAMOCHODU
Pies uderzał łapą w szybę tak słabo, jakby już nie prosił o otwarcie drzwi, tylko się żegnał.
Zobaczyłem go na parkingu przy centrum handlowym w najgorętszej godzinie dnia. Czarny samochód stał pod słońcem, szyby były zamknięte, a w środku, na tylnym siedzeniu, miotał się stary golden retriever. Mokry pysk, język na wierzchu, mętne oczy. Na szyi niebieska obroża z metalową blaszką.
Zapukałem w szybę.
“Ej, chłopie. Trzymaj się.”
Pies podniósł głowę i dotknął nosem szkła. Zostawił wilgotny ślad.
Obok przechodziła kobieta z torbami.
“Pewnie właściciel zaraz wróci” powiedziała i poszła dalej.
“Zaraz” już nie istniało.
Na desce rozdzielczej leżał paragon z apteki. Godzina sprzed czterdziestu dwóch minut.
Zawołałem ochroniarza. Wzruszył ramionami.
“Ogłosimy przez głośnik.”
Kiedy to mówił, pies osunął się z siedzenia na podłogę.
Zadzwoniłem na policję, potem do patrolu dla zwierząt. Wszyscy mówili: “Proszę zostać na miejscu. Jednostka jedzie.”
A pies przestał uderzać łapą.
Wziąłem z mojego busa metalowy klucz do kół.
Ochroniarz złapał mnie za łokieć.
“Niech pan nie robi głupstw. To cudzy samochód.”
Spojrzałem na psa za szybą.
“On też jest cudzy?”
I uderzyłem.
Szyba nie pękła za pierwszym razem. Za drugim rozsypała się do środka drobnym brzękiem. Alarm zawył tak głośno, że ludzie na parkingu się odwrócili. Wsunąłem rękę przez dziurę, otworzyłem drzwi i wyciągnąłem psa na zewnątrz.
Był ciężki, gorący, jak mokry koc zdjęty z kaloryfera. Położyłem go na asfalcie w cieniu mojego busa, polewałem wodą łapy i brzuch, a on oddychał rwanym, chrapliwym oddechem.
Na blaszce było wybite:
“BIM. Jeśli się zgubi, zadzwoń do dziadka.”
Nie do właściciela.
Do dziadka.
Wybrałem numer drżącymi palcami.
Odebrał starszy mężczyzna.
“Słucham?”
“Zna pan psa o imieniu Bim?”
Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem głos mu się złamał:
“Gdzie on jest?”
Wyjaśniłem.
Starszy człowiek prawie krzyknął:
“On nie powinien być w samochodzie. On nie znosi upału. Ma serce.”
Po chwili na parking wpadła kobieta w białej sukience i drogich okularach. Za nią szedł mężczyzna z torbami z butików. Kobieta zobaczyła rozbitą szybę i od razu zapiszczała:
“Co pan zrobił z moim samochodem?”
Siedziałem na asfalcie przy Bimie. Pies leżał z głową na moim kolanie.
“Wyciągnąłem pani psa.”
“Rozbił pan mój samochód!”
“On umierał.”
Nawet nie spojrzała na niego porządnie.
“On zawsze dramatyzuje. Stary pies. Ojciec też zawsze dramatyzował.”
Podniosłem oczy.
“Ojciec?”
Mężczyzna obok niej powiedział cicho:
“Lena, nie tutaj.”
Ale ona już wyjęła telefon.
“Dzwonię po policję. Niech to spiszą. To drogie auto.”
W tej chwili Bim próbował się podnieść. Zobaczył ją i nie zamachał ogonem. Nie rzucił się. Tylko położył uszy i odwrócił głowę.
Starszy człowiek przyjechał taksówką.
Chudy, w koszuli zapiętej na zły guzik, z laską w ręku. Wysiadł tak szybko, jak potrafił, i prawie upadł przy krawężniku.
“Bim!”
Pies usłyszał głos i nagle ożył. Podniósł głowę, zaskomlał i zaczął pełznąć do niego brzuchem po asfalcie.
Starszy mężczyzna uklęknął przy nim, tuż obok szkła.
“Mój dobry. Mój chłopiec. Co oni ci zrobili?”
Lena zacisnęła usta.
“Tato, nie rób scen.”
Starszy człowiek objął psa za szyję. Na jego ręce zobaczyłem szpitalną opaskę, której nie zdjął do końca.
“On był u ciebie?” zapytał córkę.
“Zabrałam go z twojego mieszkania. I tak miały być pokazy.”
“Jakie pokazy?”
Zamarła.
Mężczyzna z torbami odwrócił wzrok.
Starszy pan spojrzał na córkę tak, jakby upał nagle przestał być najgorszym problemem tego dnia.
“Lena. Jakie pokazy?”