Po śmierci męża u notariusza przy dziale spadku okazało się, że oprócz naszego domu jest jeszcze działka pod Olsztynem, kupiona w 2015 roku. Klucze od altany leżały w jego skrzynce z wędkami.
Skrzynka stała w piwnicy od lat – zielona, metalowa, z rdzawym zamkiem, który Bogdan otwierał kluczykiem noszonym przy breloczku. Nigdy do niej nie zaglądałam. To były jego rzeczy – żyłki, haczyki, kołowrotki – i tyle mnie to obchodziło.
Ale kiedy notariusz wymienił numer działki pod Olsztynem, a ja otworzyłam usta i nie potrafiłam ich zamknąć, wiedziałam, że do tej skrzynki zajrzę jeszcze tego samego wieczoru.
I zajrzałam. Pod trzema pudełkami z haczykami, pod zwiniętą żyłką i starym nożykiem do filetowania, leżała foliowa koszulka. W środku – akt notarialny, dwa klucze na czerwonym sznurku i kartka wyrwana z zeszytu w kratkę, zapisana drobnym pismem Bogdana.