Po śmierci mamy brat zabrał z mieszkania gotówkę i biżuterię – “ty masz męża, a ja zostaję sama”. Mnie zostawił meble i pudła ze starymi listami. Kiedy poszłam zamknąć konto mamy, urzędniczka spojrzała w ekran i powiedziała, że jest jeszcze dyspozycja na wypadek śmierci. Wkład zapisała tylko na mnie.
Gdybym nie poszła do tego banku osobiście, nigdy bym się nie dowiedziała, że mama wiedziała. Że widziała to wszystko – ciche przywłaszczenia, szybkie ręce brata otwierające szuflady, zanim jeszcze stypa się skończyła – i na swój sposób, jedyny jaki znała, spróbowała to naprawić.
Ale po kolei.
Mama odeszła w czwartek, rano, w szpitalu na Jurasza. Dzwonili do mnie o szóstej dwadzieścia. Wojciech odebrał, bo ja spałam – a raczej próbowałam zasnąć po nocnym dyżurze w salonie.
Prowadzę zakład fryzjerski na Szwederowie od piętnastu lat, trzy fotele, dwie pracownice i grafik, który nie zostawia dużo miejsca na oddech. Wojciech podał mi telefon bez słowa i po jego twarzy wiedziałam wszystko.
Krzysztof przyjechał na pogrzeb z Gdańska wieczornym pociągiem, dzień przed ceremonią. Młodszy ode mnie o trzy lata, po rozwodzie, mieszkał w kawalerce, którą wynajmował od kolegi z pracy. Zawsze mówił, że życie go nie oszczędza. Mama się o niego martwiła bez przerwy – bardziej niż o mnie, bo ja miałam Wojciecha, dom, pracę, córkę Kasię na studiach. Krzysiek miał tylko siebie.
Po pogrzebie pojechaliśmy razem do mieszkania mamy na Bartodziejach. Dwa pokoje z kuchnią na czwartym piętrze, balkon z pelargoniami, które mama podlewała do ostatniego dnia przed szpitalem. W przedpokoju wisiał ten sam zegar z kukułką, co za mojego dzieciństwa. Kukułka dawno się zacięła, ale mama nie pozwoliła wyrzucić.
Krzysiek od razu poszedł do sypialni. Ja stałam w kuchni i patrzyłam na kubek z niedopitą herbatą na blacie – mama musiała go zostawić tego ranka, kiedy wezwali karetkę. Usłyszałam odgłos szuflad.
Weszłam do pokoju. Krzysiek klęczał przy komodzie, tej mahoniowej, którą mama dostała po babci. Miał na kolanach pudełko po czekoladkach Wedla – to w nim mama trzymała biżuterię. Złoty łańcuszek po babci, pierścionek zaręczynowy z małym rubinem, kolczyki, które tata jej kupił na dwudziestą piątą rocznicę. Krzysiek pakował je do reklamówki.
– Co ty robisz? – zapytałam.
Nawet się nie odwrócił.
– Zbieram, co trzeba zabezpieczyć. Tu będzie stało otwarte, ktoś wejdzie, zniknie.
– Krzysiek, to są rzeczy po mamie. Powinniśmy to podzielić.